Kiedy jeszcze nie przeżywaliśmy tego obecnego renesansu beat’em upów, fani szlochali do gier starszych. I to niekoniecznie tylko do tych z automatów arcade, a również do produktu wydanego w 2014 roku przez Ubisoft. Tytuł bazujący na marce Scott Pilgrim vs. The World dostał finalnie odświeżenie, które pozwoliło wrócić do niego zwolennikom takich mordoklepek i przeżyć historię tej przedziwnej miłości raz jeszcze. Nie trzeba było długo czekać, by ktoś wpadł na pomysł kontynuacji. Na marce położyło łapę Tribute Games, którzy ostatnimi czasy specjalizują się w beat’em upach - Turtles Shredder’s Revenge, Marvel Cosmic Invasion.A jak Tribute wchodzi do gry, to masz już pewien poziom zagwarantowany. Nie inaczej jest w przypadku ich najnowszego Scott Pilgrim EX, który fabularnie rozszczepi Toronto w czasie i przestrzeni, zmuszając naszych bohaterów do częstego przechodzenia przez teleportujące ich wyrwy. Do boju przystąpimy jako jedna z aż 7 postaci, dzierżąc swój indywidualny moveset, jak i odmienne tempo poruszania.
Gry nie stworzono jednak na modłę poprzedniej części. Zachowano jej stylistykę graficzną, która jest zgodna ze Scottem Pilgrimem, ale w pozostałych aspektach widać tu silne inspiracje River City Girls. Tamta seria cechuje się RPGowym zacięciem nie tylko w kwestii zdobywania poziomów, ale również w progresji fabularnej. Podróżujemy po połączonych w jedną dużą mapę biomach, które skrywają liczne sklepy i nawiązania do marki. Nie jest to tytuł - idź w prawo i ubij.Na szczęście - bo w beat’em upach uważam to za szczęście - utrzymano dość skondensowaną formę. O ile mapa składa się z kilkudziesięciu mniejszych części, tak utrzymano przyzwoity czas trwania produkcji, wykraczający delikatnie ponad 2 godziny. Krótko? Tak i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Większość (każdy?) beat’em upów, które siliły się na wydłużenie swojej długości, kończyły z opiniami o wtórności od grających - tak już w tym świecie bywa.
Dla mnie najpozytywniejszą informacją jest jednak znaczące wygładzenie kwestii poziomu postaci. Wszyscy nasi bohaterowie levelują z automatycznym wzrostem statystyk, tak jak to miało miejsce w poprzedniej grze z tego uniwersum, ale nie jest to levelowanie blokujące nam progresowanie historii. Doskonale pamiętam, czemu nigdy nie polubiłem poprzedniej gry, a było tym sztuczne windowanie poziomu trudności i oczekiwanie ode mnie wejścia z mocniejszym bohaterem. Konieczność grindu, która w ogóle mi nie współgra z gatunkiem relatywnie prostym w konstrukcji.Scott Pilgrim EX nie będzie tak złośliwy w tej materii. Postacie levelują indywidualnie, istnieje szanse je podmienić w domu bohatera w trakcie przygody, ale nie jest to tak opłakane w skutkach. Całość wciąż pozostanie przystępna. Kluczowe będą jednak środki finansowe, dzięki którym zapewnimy sobie leczenie i inne pomocne rzeczy - sklepów jest dużo, są mało czytelne, ale jakoś musiałem ten aspekt przełknąć.
Samo obijanie plażowiczów, wegan i innych potworów jest za to bardzo dynamiczne i satysfakcjonujące. Czuć tu pierwiastek Tribute Games, które szlifuje swoje gry pod kątem gameplayowym. Oczywiście dalej tu mówimy o beat’em upie, więc opcje combosów są ograniczone, ale wzrastają wraz z ilością połączonych graczy. Przy 4 dochodzimy tu do prawdziwego zalewu bitnych ludzi na ekranie, co tylko w rzadkich przypadkach wprowadzi przesadne zamieszanie. Podnieść można prawie wszystko. Rurki, deskorolki i inne piłki czekają, by rzucić je w rywala, choć ładowanie mocniejszej wersji bywa dość zgubne w skutkach i unieruchamia naszego bohatera. Takie wystawienie się na ciosy bywa zbyt nieopłacalne, więc i z automatu mechanika rzutu zeszła dla mnie na znacznie dalszy plan.Każda misja zakończona jest walką z bossem, które raczej trzymają się nowoczesnych standardów i ograniczają martwe animacje, gdy boss się musi zebrać, żeby nas zaatakować (cecha starych arcede’owych gier tego typu) i pozostaje niewrażliwy na kolejne kombinacje. Ten finalny tego nadużywał, ale w pozostałych walkach nie gryzło to w oczy aż tak. Jeśli jest, to wyważone, bo nie chcę przez to powiedzieć, że poszli w stronę Mayhem Brawler, gdzie bossem idzie żonglować jak podrzędnym delikwentem.Tempo dobre, walka przyjemna, postaci dużo, grafika kolorowa. Wciąż pozostaje obojętny na wdzięki Scott Pilgrima i Ramony, ale Tribute Games ugotowało kolejnego dobrego beat’em upa. Może słabszego od poprzedników, bo i bardziej udziwnionego w kwestii progresji, ale nie na tyle, by wyssać z mordobicia całą prymitywną frajdę.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Cosmocover
Plusy:
Tempo walki
7 bohaterów do wyboru i możliwość gry do 4 osób
Świetny pixel-art
Wygładzony wpływ poziomu postaci na progres w grze
Minusy:
Pozostaje niewrażliwy na beat’em upy z tak prowadzoną kampanią. Pełną backtrackingu i biegania do celu - jestem stary, więc chce iść w prawo i bić!