Recenzja Middle-Earth: Shadow of Mordor na Nintendo Switch 2
Bardzo szybko po powrocie Wojny na Północy, Aspyr wraca do świata Śródziemia, by oddać w ręce graczy Nintendohity dawnych lat. Tym razem trafimy na rzecz umiejscowioną w świecie z książek Tolkiena, w którym opowiedziano nową historię Taliona - żądnego zemsty wojownika, który traci swych bliskich. Choć na dobrą sprawę, to gra, w której najważniejszy wątek opowie sam gracz… Cofamy się do roku 2014, kiedy na półkach wciąż dumnie stał Assassin’s Creed: Black Flag (w sumie tak jak teraz!), a kurz po pomysłach w serii o zakapturzonych zabójcach wciąż powoli opadał i rozbudzał wyobraźnię innych deweloperów (...w sumie tak jak teraz?). W myśl tej zasady Śródziemie: Cień Mordoru zostało skażone wirusem znacznikozy, który plamił mapę świata aktywnościami po wdrapaniu się na wieżę. Jedni lubią, inni nienawidzą - ja czuję zmęczenie materiału. Jeśli mam wybierać bieganie po sznurku z wartką akcją i ciekawą fabułą, a otwarty świat i tonę powtarzalnych aktywności, to proszę mnie więzić w tych ciasnych przestrzeniach na te 6-8h!
Cień Mordoru to gra paradoks. Ma fantastyczną choreografię bitew, ale słaby system walki. Mówimy tu o “Batmanowym” reagowaniu na ataki przeciwników, gdzie skuteczna kontra znaczy więcej niż nasza ofensywa, a horda wrogów to roztańczone uruki czekające na swoją kolejkę. Przy ostatnim LEGO Batman pisałem, że mam nadzieję odpuścić już ten system w grach AAA (tak, Panie Spider-Man), ale tutaj mówimy o produkcie 12-letnim, więc jako taki należałoby go traktować. Nie mam więc bardzo dużych zastrzeżeń, bo i wiem, że te kilkanaście lat temu też ich nie miałem. Wszyscy jako dzieciaki zachwycaliśmy się tą walką, więc pozwólmy i dzisiejszym młodziakom zachłysnąć się czymś, co wygląda tak ładnie, a gameplayowo pozostaje szalenie przystępne. Jednocześnie oddam twórcom to, że nawet po latach broni się ich system rozwoju postaci. Z natury on wiele ułatwia, bo cała gra to jeden wielki grind do celu - potrafi nam on wykoleić wątek główny, zanim staniemy się silniejsi - jednak w ciągłym natłoku wartości procentowych, Cień Mordoru daje COŚ. Każdy wydany punkt akcji realnie wpływa na naszą rozgrywkę. Złośliwi mogą stwierdzić, że ją jeszcze mocniej trywializuje kilkoma “ostatnimi” szansami przy zgonie, ale wciąż więcej z niego plusów niż minusów.
Tych dodatnich wartości trudno będzie oczekiwać od zadań pobocznych czy też “wyzwań”, które mają rozciągać w czasie nasze doświadczenie. Cień Mordoru bazowo nie jest grą długą, ale twórcy z Monolith Productions dołożyli wszelkich starań, żeby gracz za szybko nie odszedł od ekranu. Mamy tu zatrzęsienie najbardziej płytkich misji świata, pokroju zabij X tego, uwolnij Y lub zestrzel Z. To coś, co w dzisiejszych czasach trudno byłoby nazwać zadaniem pobocznym, a po prostu aktywnością wyłącznie dla chętnych maksowania. Tu niestety nikt nie zaprzątał sobie głowy fabularyzowanymi wątkami dodatkowymi, więc mniej więcej z takimi prostym czyszczeniem jesteśmy tu zostawieni. I znów - są gracze, których znikające znaczniki napędzają, mnie odstraszają. Wszystko wyglądało tak w jednym celu - pisanie własnej opowieści. Nie ma co ukrywać, że cała ta przeciętność (ktoś może nazwać poprawność, bo to nie zbrodnia takie gry lubić) była windowana przez jeden specjalny system Nemezis. To on sprawiał, że zwykły uruk, który zabił nas na start przygody, zaczynał być postacią w tym widowisku. Zaczął funkcjonować w tym świecie równocześnie do nas, jak i reagował na nasze poczynania, które pocztą pantoflową do niego dotarły. Czy Nemezis to jakieś złoto w 2026 roku? Nie, to po prostu reakcja świata na naszą grę. Tak niewiele potrzeba, żeby nas przekupić do tego, byśmy coś polubili. Pogłębiało to immersję i nawet tworzyło pewną sympatię do naszych oprawców. Czy chciałbym powrotu czegoś podobnego w innych grach? Tak - bo pewnie przeszedłby ten tryb modyfikacje i uaktualnienia, które pomogłyby nam pokochać go na nowo. Tu niestety wszystko zostało opatentowane i pogrzebane razem z tą serią.
Dlatego wypada docenić taki port po latach? Mimo wszystko tak. Lubię, gdy Nintendo Switch dostaje stare hity, do których mogę wrócić. Cień Mordoru to może nie jest idealny przykład, bo to odhaczyłem te X lat temu, ale nie będę negował takich powrotów… nawet jeśli nie zrobiono nic. Klasycznie dla Aspyr mówimy tu o najbardziej powierzchownym przeniesieniu starej produkcji. Działała w 30 fpsach, więc nie liczcie, że nagle przyspieszy. Wygląda jak 12-letnia gra, więc też nad teksturami nikt się pochylać nie będzie (zresztą to nie remaster). Trzeba mieć na uwadze, że wracacie do starej gry, która miała swój charakter… a wszystko inne ukradła Asasynom.
Wciąż trzyma swoją wartość produkcyjną, a Śródziemie, wstęp fabularny, ta garść postaci, jak i indywidualizacja Uruków, by faktycznie się od siebie różniły, to rzeczy godne pochwały nawet w 2026 roku. Gra nie męczy tutorialem, szybko oddaje względną swobodę, ale tematów pokroju AI wrogów lepiej nie poruszać. Ustalmy dla dobra odbioru gry, że to tępe orki przecież nie muszą słyszeć, że im zabijasz kumpla tuż obok. Zresztą nawet jak to widzą, to i tak są w szoku tak dużym, że zdążysz w ten sam sposób położyć i ich do snu. Łatwo mi sobie wyobrazić gorzej wydane 40 złotych, a w tej cenie dostaniecie grę kilka dni po jej re-premierze na Switch 2 (do 5 października, bo potem będzie 80 zł). Dorzucając 100 złotych, otrzymacie również powracający Cień Wojny (2017 rok), który jest bezpośrednią kontynuacją przygody Taliona. Sequel większy, z wyraźniej nakreślonym wątkiem, ale i z jeszcze większym skażeniem wspomnianej znacznikozy. Świat będzie większy i dojdzie kilka nowych aktywności (jak zdobywanie twierdz), które w zgodzie z tradycją będą przewałkowane przez taką powtarzalność, że tylko najwytrwalsi dadzą radę żyć z nimi w zgodzie. Wspominam o tym chyba tylko po to, żeby nie gonić z recenzją Cienia Wojny - w dużej mierze opinia pozostawałaby bez zmian, a ocena pewnie poszłaby pół-oczka w dół, bo zawsze wolałem bardziej skondensowany Mordor. Jakby to wyszło dzisiaj, to bym poczuł się spoliczkowany - tu patrzę przez różowe okulary 12 lat młodszego mnie.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Kultowy system Nemezis - pogłębia immersję, buduje własną opowieść
Dobry rozwój postaci - z wpływem na rozgrywkę, a nie wartościami procentowymi
Wartość produkcyjna - to Śródziemie jest ładne, a Uruki nie są atakiem klonów, jaki potrafi opętać nawet dzisiejsze gry
Bardzo efektowna choreografia walk…
Minusy:
…co nie znaczy, że ta walka jest dobra, bo ma sporo łaskawych egzekucji na sumieniu
AI kuleje
Wszechobecna znacznikoza i mnogość płytkich aktywności pobocznych