Recenzja Marvel's Guardians of the Galaxy na Nintendo Switch 2
Ekipa, której przedstawiać nie trzeba. Choć ich początki datuje się w komiksach na 1969 rok (choć w totalnie innym zestawieniu osobowym), to przejście na duży ekran w 2014 otworzyło ludziom oczy. Star-Lord, Drax, Gamora, Rocket i Groot, to prawdopodobnie jedna z bardziej dysfunkcyjnych ekip, jaką ktoś jest w stanie sobie wyobrazić.Nie zgadza się tam absolutnie nic, a mimo to działa. Pierwsza kinowa odsłona do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych filmów MCU, a poza zbieraniem całej plejady gwiazd przed ekranem, żeby zrobili swoje Avengers Assemble, to po prostu ulubiona. Za sukcesem produkcji Jamesa Gunna niech przemawia fakt, że całość szybko doczekała się drugiej, a nieco później i trzeciej kinowej odsłony. Tuż przed tą ostatnią zaoferowano ludziom również grę. Marvel’s Guardians of the Galaxy to tytuł z 2021 roku, który 5 listopada 2026 zadebiutuje na Nintendo Switch 2. I bynajmniej nie będzie to port po linii najmniejszego oporu, a coś dedykowanego sprzętowi z Kyoto. Objawia się to wsparciem dla żyroskopu, joy-conowej myszki, a fani bardziej kosmetycznych doznań dostaną też unikalne stroje dla każdego z członków. Pod kątem technicznym mówimy o dwóch trybach: Jakości z 30 fpsami przy rozdzielczości 1440p oraz Wydajności, gdzie licznik wzrasta do 40 fpsów przy rozdzielczości 1080p - w Handheldzie mówimy stricte o 30 przy natywnej rozdzielczości dla tego trybu. Z bardziej przyziemnej perspektywy, to mogą drażnić okazjonalne doczytywania tekstur, ale nigdy nie są tak rażące, jak w bardziej wymagających portach na NSW2.
I szczerze - trudno się dziwić, że Switch 2 radzi sobie z 5-letnią produkcją. Spróbowałby nie… Dla mnie i tak kluczowa zawsze będzie gra i to, co kryje się za jej systemami. Wcielimy się tu w Star-Lorda, lidera grupy, która podczas jednej z prostych misji wywołuje sporych rozmiarów katastrofę. Pojawia się międzygwiezdna policja i konieczność wyjścia z opresji. Jest to fabuła niezależna od filmów MCU, a i wizerunki bohaterów zostały zaczerpnięte z komiksów - więc jak się ktoś przyzwyczaił do filmowych, to czeka go małe zdziwienie. Sama rozgrywka to strzelanka z perspektywy TPP, która stara się obudować całą akcję wokół bycia zespołem. Choć przyjdzie nam grać tylko Star-Lordem, to niezbędne będzie wydawanie ciągłych poleceń towarzyszom, którzy przynoszą na plac boju swoje skille. Drax ogłuszy, Gamora tnie mieczem, Rocket rzuca granatami obszarowymi, a Groot unieruchamia całe grupy wrogów - klasyka. Każdy z nich przyda się również w trakcie eksploracji, gdzie będziemy musieli wypatrzeć konieczność wydania polecenia odpowiedniej osobie, aby przejść dalej.
Niestety, choć Star-Lord pozostaje bardzo mobilny i nie jest to złe strzelanie samo w sobie, to mamy tu do czynienia z gąbkami na pociski po drugiej stronie barykady, jak i z notorycznym czekaniem na cooldown partnerów. To problem, którego nie udało im się należycie ugryźć. W momencie, gdy narzucili sobie taki system, bo… nie chciało im się tworzyć systemów pod każdą postać i dawać nam możliwość podmiany w trakcie walki (?), stali się niewolnikami cooldownów. To wtedy siejemy największe zniszczenie. Nie My w pojedynkę, a cała ekipa. I to ma swoje limity, które utrudniają granie w to dłuższych sesji. Gra szybko staje się monotonna, a jej zbawienie przychodzi z obszarów stricte Strażnikowych. Bo urok Strażników tkwi w tym, że ta dysfunkcyjna familia ma spore pokłady humoru w sobie. I to niezależnie, czy będzie to nieco ciamajdowaty Peter (Star-Lord), Rocket z ciętym językiem, wyrachowany Drax, czy I am Groot. Każdy ma coś do zaoferowania i twórcy bardzo dobrze się w tym odnajdują. Gra potrafi bawić, a i my dostajemy luźne możliwości wyborów kolejnych kwestii dialogowych, które okazjonalnie mają wpływ na następne wydarzenia. Nie w sensie dalekosiężnych zmian, a po prostu kolejnych scenek i rozmów, jakich doświadczymy.
Obok tej komediowej części, Strażnicy to też świetna muzyka lat minionych, więc i tu twórcy z Eidos Montreal musieli dowieźć należytą jakość. Mamy tu Kiss, Motley Crue, Bonnie Tyler, Ricka Astleya, czy Europe ze swoim Final Countdown. Tyle było zachwytów niedawnym Mixtape, a tamtejsza ścieżka nie stoi nawet obok tego, co usłyszymy tutaj. Muzycznie to zbiór prawie idealny, a to pomaga w odbiorze całości. Całości, która ma swoje gameplayowe problemy, ale jednocześnie trudno negować jej wierność materiałowi źródłowemu. Przy odpowiedniej sympatii do tej ekipy, o której totalny brak trudno, to napędzać was będzie przede wszystkim cała otoczka. Tu nieustannie słuchamy komentarzy. Wręcz jestem zdania, że większość tej gry (!), to gadka. Czy to w trakcie scenek fabularnych, gdzie dostajemy te wybory, czy w trakcie eksploracji, której też bywa tu sporo. Walka to może być nawet jakieś 30% gameplayu. Zaledwie i aż, bo nie wyszła na tyle dobrze, żebym przymknął na nią oko.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Bardzo dobre oddanie tego, co w Strażnikach Galaktyki najważniejsze - specyfiki tej dysfunkcyjnej grupy
Dużo humoru z okazjonalnymi wyborami na następne wydarzenia
Świetna ścieżka dźwiękowa
Dobra optymalizacja pod Switch 2 i przygotowanie portu pod specyfikę konsoli - z wsparciem żyroskopu i myszki
Minusy:
Choć walka wcale nie jest wiodącą częścią całości, to gameplayowo jest to wciąż strzelanka opierająca się głównie na cooldownach naszych towarzyszy - na dłuższą (i krótszą) metę monotonna
Balans między faktycznym graniem a słuchaniem i oglądaniem