O trzech mniejszych słów kilka to skierowanie waszych radarów na kilka gier lżejszej kategorii wagowej. Lżejszej nie oznacza oczywiście bezwartościowej, więc jest szansa, że ktoś się nimi zainteresuje. A przynajmniej ja wam nakreślę, czy jest w ogóle czym się interesować! Czy to recenzje? Niekoniecznie. Gier nie skończyłem, jest szansa, że w ogóle ich nie skończę, ale nie zawsze będzie to podyktowane brakiem czasu. Dla tych bardziej leniwych postaram się nawet przydzielić każdemu z zainteresowanych jakąś ocenę pasującą do mojego systemu.
Rubato
Na pierwszy ogień idzie żaba. Rubato to collectathon, którego esencją jest odnajdowanie znajdźki kluczowej do otwarcia kolejnego przejścia. To eksploracja połączona z wyzwaniami zręcznościowymi będzie stała na drodze naszej progresji. Wszystko skąpane jest w bardzo humorystycznym, wręcz agresywnie przejaskrawionym i absurdalnym stylu. Wciskają Ci tę komedię na każdym kroku, co szybko zaczyna nieść odwrotny skutek. Czułem, jakby żart opowiadany był 10 raz i oczekiwał ode mnie tej samej reakcji. Z początku urok, z czasem zwykła męczarnia.
Ocena: 6,5/10 - Żaba jest urocza, skacze się fajnie, ale nie widzę w tym żadnego cichego hitu, w który koniecznie należy zagrać.
Damon and Baby
Demon próbujący awansować w swojej piekielnej hierarchii, dostaje do opieki małe dziecko. Ludzkie, powierzone mu przez umierającego ojca. Z nim na grzbiecie będzie przemierzał równie nietypowy świat, gdzie podejście do jego gatunku jest negatywne, ale niezbędne, by odpędzić inne grasujące potwory. Takie rzeczy tylko w Japonii!
Problem w tym, że będziesz tu też walczyć, a to już działa w kratkę. Damon posiada zarówno ataki krótkodystansowe, jak i długodystansowe. Mają one jednak wspólny mianownik - nie dawanie satysfakcji odbiorcy. Gen takich gier, gdzie często pomijany jest impact hit, a na całej mapie są gąbki na pociski, przy których zwracamy uwagę wyłącznie na pasek zdrowia. Wszystko jest zrobione poprawnie do bólu, choć kilka defektów sterowania potrafi skutecznie zrazić. Jeśli myślisz, że zachowana zostanie tu dynamika, że przymierzysz, zaraz wyskoczysz, zrobisz jakiegoś dasha i inne cuda, to nie, tu będzie to zdecydowanie bardziej ociężale. Raz odpalone mierzenie nie wyłącza się samo, tylko pozostawia naszego Damona w trybie wyciągniętych broni, które skraca dystans skoków i mobilność postaci. Za odłożenie jest odpowiedzialny przycisk, o istnieniu którego gra oczywiście nigdy nie informuje. Mało intuicyjne to wszystko, a i kamera potrafi zwariować przy wertykalnych przestrzeniach.
Ocena: 6/10 - Widać potencjał, ale jest to zbyt ociężały produkt, żebym się przy nim dobrze bawił. Gdyby ilość pracy nad opowieścią został przekierowany w gameplay, to może byśmy się polubili bardziej.
Etrange Overlord
Zostańmy po stronie Japońskiej, ale podkręćmy kurek z tamtą specyfiką. W Kraju Kwitnącej Wiśni lubują się w grach mobilnych. Konstrukcjach prostych, ale uzależniających i nastawionych na grind. Powtarzających pewne czynności do znudzenia i nawet nie silących się na niesienie jakiegoś urozmaicenia. Witamy w Etrange Overlord!
Na domiar złego wszystko jest też podkręcone pod kątem estetyki. Cała plansza jest nie tylko zasypana wrogami, ale i tańczącymi tortami oraz innymi pysznościami, które boostują naszą postać. Wygląda to źle. Może na innych sprzętach czytelniej, ale na Switchu jak efekt zwrotny zjedzenia zbyt dużej ilości słodyczy. Ekspozycji jest tu mnóstwo, dialogi czasami ciągną się w nieskończoność, a główną cechą naszej bohaterki jest to, że śpiewa. Etrange Overlord, poza byciem klikadłem, jest musicalem! Co kilka kroków dostaniemy występy muzyczne, które od samego początku twórcy pozwalają skipować - jakby samemu nie wierząc w powodzenie takiego pomysłu.
Ocena: 5/10 - Niekoniecznie niegrywalny paździerz, ale gra ze specyfiką tak odległą od naszej, że mało kto ją polubi
