Recenzja The Seance of Blake Manor na Nintendo Switch 2
Return of the Obra Dinn, dwie części Golden Idol, Blue Prince - jeśli to są gry dla Ciebie, to The Seance of Blake Manor jest obowiązkowym przystankiem w najbliższych dniach. Jako detektyw Declan Ward przybywasz do tytułowej posiadłości, aby odnaleźć zaginioną kobietę. Wszystko wskazuje na to, że nie opuściła ona jej na własne życzenie, jak sugeruje to konsjerż. Wchodzimy więc w śledcze buty, by doprowadzić sprawę do końca, ale czas nie jest naszym sprzymierzeńcem. Każde działanie w tej grze jest na Twoją "niekorzyść" i musi być faktycznie uwarunkowane jakimś nadrzędnym celem - a przynajmniej dobrze by było. Nie jest to point & click, gdzie wyklikasz sobie drogę do sukcesu. Każde kliknięcie kosztuje zasób czasu. Sprawdzenie przedmiotu, rozmowa, to utracone minuty, a gra odbywa się na dystansie zaledwie kilku dni.
Szybko przekonasz się, że ta posiadłość ma swoje mroczne tajemnice, a tytuł powinien podpowiadać nadprzyrodzone tropy fabularne. Rytuały nie są moim ulubionym punktem wyjścia do takich logicznych spraw, ale oddać twórcom należy to, że pomimo tego nadnaturalnego “mambo-jambo”, to nie tracą oni kontaktu z rzeczywistością i utrzymują zagadki na w miarę logicznej bazie. Same zagadki to garść łamigłówek i potężna dawka tego, co cechowało wspomniane Golden Idol. Słowa stoją za tą rozrywką. Aby uzupełnić mapę myśli Declana musisz najpierw trafić na trop, potem znaleźć potrzebne części składowe (potwierdzające tezę) i złożyć ją w całość. Mogą przyjść ze skutecznego przesłuchania jednego z mieszkańców, czy zakradnięcia się do jego pokoju i odczytania czegoś, co nie powinno wpaść Ci w ręce.
Gra nie jest specjalnie obciążająca, graficznie przypomina bardzo dobre Blue Prince, ale na Switch 2 może i tak doskwierać częstymi loadingami. Nie to, że one same w sobie są długie, ale ich częstotliwość przytłacza. Seance jest zbudowany tak, że co chwila zmieniamy pokoje. Przemieszczamy się nieustannie, a takie przejście przez drzwi wiąże się z małym doczytywaniem. Na PC rzecz praktycznie nieodczuwalna, na Switch 2 nieco dłuższa. A ta “nieco dłuższa” część potrafi się nawarstwić i zirytować. Problematyczna dla wielu może być dowolność kolejnych kroków. I choć brzmi to absurdalnie, to ona często doprowadza do ściany. W moim odczuciu to gra, która czasami zapomina rzucić Ci jakiś okruch, którym mógłbyś się kierować. Zostawi Cię na pastwę losu z ograniczonymi możliwościami ustalenia, co dalej. I nie, to wcale nie jest tak, że dzięki temu okruchowi byłoby o wiele łatwiej. Gry to robią, często subtelnie, ale w taki sposób upewniają się, że pozostaniesz zainteresowany. Tu można to zgubić. Tak jak zgubić możesz położenie konkretnej osoby, która akurat ma w tym okresie dnia znajdować się w miejscu X, z tym że Ty to X będziesz musiał wychodzić szukając bez tropu. Znajdziesz go, eureka, ale “księżniczka jest w innym zamku” i powinieneś porozmawiać z kimś innym. Trochę sztucznie wydłuża to czas trwania. I te mikro problemy złożą się na to, że bardzo przyzwoite Blake Manor zostanie lewym pasem wyprzedzone przez wcześniej wymienione inspiracje. Każdą z tamtejszych gier lubię bardziej (Golden Idol i Obra Dinn to w ogóle kozaki), co oczywiście nie oznacza, że ten seans spirytystyczny jest godny pominięcia. Warto złapać, bo styl robi tu robotę, postacie są dobrze napisane, a i o celtyckiej mitologii można coś liznąć. Mojej wielkiej sympatii tu jednak nie było.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Klimat irlandzkiego folk horroru
Komiksowy styl artystyczny
Dobrze napisane postacie
Satysfakcjonujące łączenie tropów na mapie myśli
Minusy:
Zdarza się zostawiać nas bez choćby minimalnego tropu
Szukanie postaci nieco sztucznie wydłuża zabawę…
…co potęguje irytację z częstych loadingów, które na Switch 2 są nieco dłuższe