Recenzja Saint Slayer: Spear of Sacrilege na Nintendo Switch 2
Czasami miło wrócić do klasyki. Przypomnieć sobie czasy Pegasusów, SNESów i innych, które mogły leżeć w salonie pod telewizorem. Sęk w tym, że te retro wycieczki są coraz częstsze, a każda kolejna wydaje się nieco mniej wyjątkowa. Mniej więcej tak opisałbym swoją relację z Saint Slayer: Spear of Sacrilege. Gry dobrej, ale ciągnącej za dobrze znane nostalgiczne sznurki, na które coraz mniej osób będzie reagować.Hołd dla gier 8-bitowej ery to już żadne novum i obecnie trzeba się próbować wyróżnić. Idealnym przykładem od lat jest już Shovel Knight, który zaczerpnął estetykę, ale w znacznym stopniu rozwinął mechaniki i ogrom zabawy. Infernax pozornie też wydawał się prostą łopatologiczną konstrukcją, gdzie idziesz w prawo i wybijasz umarlaków, a szybko zamienił się w bardzo dobrą metroidvanię (mniejszego formatu, ale niezmiennie wybitną).
Saint Slayer nie będzie mierzył w te tuzy indyczego świata. To przede wszystkim list miłosny dla starych Castlevanii (czyli tych nie metroidvaniowych), który garściami czerpie ze sprawdzonych tam pomysłów. Sam setting świata jest żywcem wyciągnięty z tamtego uniwersum, kręcący się wokół wieży level, to coś pamiętanego z Bloodlines, a rydwanem pojedziesz jak w Rondo of Blood. Kilka innych marek też można tu przypasować z dość dużym prawdopodobieństwem inspiracji.Inspiracji, która składa się z ponad 20 poziomów o bardzo dużym rozstrzale w poziomie trudności. Nie każdy z nich jest zakończony walką z bossem, a i nie każdy cieszy się podobną obojętnością. Są takie, które przemierzymy w tempie ekspresowym i te, które znacznie zwiększą ilość pięter i okażą się też bardzo wredne do przejścia. Te skoki trudności mogą być wręcz irytujące, ale na szczęście funkcjonuje tu system passwordów i kontynuacji, które pozwolą wrócić do konkretnego punktu.
Taka pokręcona forma z levelami bierze się z faktu, że wszystkie mają spinać się w jedną przygodę. Sprawiać wrażenie ciągłości - czasami aż się człowiek zdziwi, że to już nowy level - która nie omieszka zmieniać diametralnie swojego otoczenia. Najlepiej w tym elemencie spisują się te poziomy, gdzie przyjdzie nam zadbać o alternatywny sposób poruszania się - jak wspomniany rydwan, czy gondola.Fabularnie jesteśmy byłym żołnierzem, który stanie do walki ze skorumpowanym księdzem w XVII wiecznej epoce. Jest tu wyczuwalnie spory nacisk na ten wątek, co wypada uznać za błąd i odstępstwo od przyjętej formy. Nie potrzebowaliśmy motywacji, by ubić Draculę i nie potrzebowaliśmy jej, by wspierać tutejszego bohatera, Rudigera. A tych pogadanek jest tu sporo i są w znacznej większości bardzo słabe. Trochę przespana szansa na ciekawe rozwinięcie lub wykorzystanie całości w celach humorystycznych. Potrafili to zrobić, choćby gdy Rudiger zacznie tonąć i pokaże nam środkowy palec, ale już nie spróbowali tutaj - lub ja nie wyczułem, ale tak czy inaczej, szkoda.Oczywiście Rudiger będzie tonął, bo mechanicznie adaptujemy wszystkie zmory dawnych lat. Odbicie się od przeciwnika wyrzuca nas w drugą stronę bez możliwości kontroli nad postacią i ratunku - podobnie ma się sprawa ze skokami, przy których kontrola lotu nie istnieje. Te knockbacki są tu częste, a niektóre levele wręcz celebrują ich uskutecznianie. Niby jest opcja wygładzić sobie poziom trudności i je wyłączyć, ale to bym już uznawał za spory grzech, więc wolałem odrobinę pocierpieć z nimi na pokładzie.
Głównym ficzerem jest tytułowa włócznia, która zyskuje nowe formy wraz z konkretnymi momentami w fabule - pokonaniem bossa, co szybko pozwala choćby tworzyć z niej platformy do wskoczenia na wyższe płaszczyzny. Nic przesadnie wyszukanego, ale skoro nie chcieli wykraczać w tej materii ponad retro schemat, to też nie zbrodnia. Poza tym dostaniecie wślizg, rzut włócznią i mniej więcej wokół tego będziecie się kręcić na całej szerokości.Czy warto zagrać? Gra jest tania, więc fani retro mogą sobie zaserwować taką odskocznię, szczególnie że istnieje możliwość zabawy w kooperacji (zawsze miło!). Czy to będzie hit na mierę wspomnianych produkcji tego typu? Nie. Nie będzie to żaden nowy Bloodstained, a po prostu gra z tej półki, co takie Carpathian Night. Przyjemne na raz, poprawne w odbiorze, ale świata nie podbije - dość powiedzieć, że Steam pokazuje 19 graczy w peaku.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Lillymo Games
Plusy:
Dostępna gra w kooperacji
Rozwijająca się włócznia i jej możliwości
Momenty modyfikujące sposób poruszania się wypadają dobrze
Zasadna premierowa cena (44 zł)
Różnorodność poziomów i postawienie na wyczuwalną ciągłość przygody…
Minusy:
…która sprawia, że poziom trudności poszczególnych leveli skacze po całej skali - od jakiegoś banału, przez totalną wredotę, aż po kolejny krótszy zapychacz
Dialogi to niewykorzystany potencjał i coś, co nawet niekoniecznie sprawia, że fabuła jest jakkolwiek intrygująca - a jest ich sporo