Recenzja Resident EVIL biohazard na Nintendo Switch 2
Choć jesteśmy świeżo po kapitalnej dziewiątej odsłonie, to były takie momenty na kartach historii, kiedy Resident Evil nie miał się najlepiej. Może utrzymywał przyzwoitą sprzedaż, ale w oczach graczy zaczął się kończyć. Zerwał survival horrorowe łańcuchy, które go trzymały i próbował przemówić do szerszej liczby odbiorców. Szedł za trendami, zdradzając swoich fanów. Już Resident Evil 5 był kooperacyjną strzelanką, a szósta odsłona tylko ten poziom akcji podkręciła. Legendarna seria horrorów przestała być horrorem.Potrzebny był restart. Odbicie się od ciągłego strzelania i przypomnienie fanom, czym w ogóle ta seria była. Kroki podjęte przez Capcom były szalenie odważne. Kurek z napisem akcja zminimalizowano do tak niskiego punktu, w jakim ta seria nigdy nie była. Strach próbowano ubrać w szaty obrzydliwego domu pełnego psycholi, jakby chciano nawiązać do nabierających popularność symulatorów chodzenia z gatunku grozy. Nawet zdecydowano się rzut kamery z pierwszej osoby, by zwiększyć poziom immersji i jeszcze bardziej zaszczuć nas otoczeniem.
Efekt tego taki, że gdy ten Resident wyszedł, to… był moim ulubionym. I to bez cienia wątpliwości stawiałem go nad kochaną jedynką, dwójką, czy czwórką. Od paru dni jest on również dostępny na Nintendo Switch 2, więc powrót do domu Bakerów był dla mnie obowiązkowy.Po latach entuzjazm odrobinę opadł. Dalej uważam RE7 za topową część tej serii, ale przy fantastycznej dziewiątce i równie świetnych remake’ach części 2 i 4 ten szczyt zrobił się naprawdę tłoczny. Nie zmienia to jednak faktu, że ten restart dalej stoi na nieco odosobnionej wyspie tego archipelagu. Drugiego takiego Residenta nie ma i to mimo, że historia nowego protagonisty Ethana składa się z dwóch części.
Nacisk na skradanie jest tu znaczący. Zaraz po postawieniu pierwszych kroków w poszukiwaniu zaginionej żony, zaczynamy prawdziwą walkę o życie. Momenty, gdy tropił nas Tyrant czy Nemesis zostały tu spotęgowane. W tej części tę niepewność stawianych kroków mamy przejawiać zawsze. Rodzina Bakerów to bardzo zawzięta gromadka, która napędzana swoją ideologią i nowymi mocami nie ma zamiaru się zatrzymywać. Zabijesz ich, to wstaną i będą iść dalej. Dla nich to tylko mały punkt odpoczynku, zanim znów za Tobą ruszą.To sprawia, że w żadnym innym Residencie tempo nie będzie tak spokojne. Może to powód, że nie u wszystkich to zagrało, ja po latach również miewałem z tym hamowaniem delikatny problem, ale nic innego nie wygeneruje nam takiego zaszczucia, jakie było tu twórcom potrzebne. Oni tam szukali strachu i ten strach znaleźli. Choć Resident zawsze był serią na wskroś horrorową, to nie zawsze można było to utożsamiać ze strachem. Paradoks, wiem, ale czasy zamierzchłe raczej jasno pokazywały, że Resident zawsze straszył wyskokowo i przytłaczał ilością przeciwników, a to Silent Hill był od generowania atmosfery i budowania klimatu. RE7 te różnice zniwelował najmocniej. Tu klimat się zgadza.
Sam dom Bakerów to też konstrukcja idealnie skrojona pod standardy serii. Oczekująca od nas odblokowywania kolejnych drzwi i powolnego otwierania tej przytłaczającej aury za sprawą kolejnych korytarzy. Im więcej możliwości mamy dostępnych, tym lepiej się tam zaczynamy czuć. Nigdy jednak dom nie stanie się miejscem przyjaznym. To najbardziej paskudna forma Residenta, jakie kiedykolwiek widzieliśmy.Oczywiście trochę tu postrzelacie, heroicznie nawet powalczycie na piły, ale nacisk na poszczególne formy strachu jest tu inny. Nawet nie powiem, że to Grace z RE9, bo choć tak ją pozycjonowano przed premierą najnowszej odsłony (jako reprezentantkę tej bardziej bezbronnej części widowiska), to akcji w niej więcej i tempo też żwawsze. Pewnie lepsze, pewnie bardziej przystosowane do szerszego grona odbiorców (tj. lepiej zbalansowane), ale wciąż inne.
Na Nintendo Switch 2, jak łatwo sobie wyobrazić, gra działa schludnie. Teren często jest zamknięty, ciasny, więc i konsola nie złapie niespodziewanej zadyszki i nie dropnie fpsów. Nie potrafię jednak odejść od przekonania, że wygląda na hybrydowej konsoli najsłabiej z tej trójki. Nie znaczy, że źle, ale nie robi takiego wrażenia jak RE9. Jasne to starsza gra, ale jednak spodziewałem się, że tu wybrzmi ona w pełnej krasie, gdy najnowsza część będzie hamowana. Efekt jest taki, że te artefakty graficzne, które rażą po oczach najmocniej, tu były najbardziej widoczne. Spojrzenie w oddali na podświetlaną twarz mamuśki Bakerów nigdy nie było przyjemnym doświadczeniem, ale tu jest też dość niewyraźnym. Warto mieć to na uwadze.Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że RE7 jest jedyny w swoim rodzaju. Dalej uważam, że niektóre sceny z tej gry są jednymi z najbardziej obrzydliwych w historii mainstremowego gamingu (dodałem mainstreamowego, żeby zaraz ktoś nie wyskoczył z grą, w którą grał tylko on). To tak niesmaczna gra - w tym dobrym tego słowa znaczeniu! Przechadzka po tym szalenie gościnnym domu (wpuścili, do stołu zaprosili, jeść też dali!) nie jest najdłuższą przygodą, ale jest tą, którą ograć po prostu wypada. Jak każda zmiana przepisu - nie zasmakuje każdemu, ale dla niektórych będzie strzałem w 10.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie CAPCOM Polska
Plusy:
Potrzeba odświeżenia serii rzuciła nas na poziom zaszczucia i brzydoty, jakiego ta seria nie osiągnęła nigdy wcześniej (i później)
Rodzina Bakerów to świetni i niepokojący antagoniści
Poziom zaszczucia rzadko daje nam chwilę oddechu
Lokacja to jedno z najbardziej obrzydliwych miejsc w historii gamingu
Spełnia też swoją rolę, jako klasyczna Residentowa mapa wypchana lekkimi zagadkami i ciągłym poszukiwaniem kluczy
Minusy:
Artefakty graficzne imienia Switch 2 rzucają się tu w oczy najmocniej