Wiele lat musiało upłynąć, zanim studio odpowiedzialne za Shovel Knight wyszło ze swoją nową propozycję. O Mina the Hollower słyszeliśmy już dawno, ale proces deweloperski rozciągał się w czasie. Mijały lata, a gry wciąż nie było. Nawet gdy wreszcie ustalono datę, to i wtedy trzeba było projekt przesunąć o kilka miesięcy do przodu. I o ile w większości przypadków byłby to zły znak i powód opłakanego stanu produkcji, tak u Yacht Club okazało się to dopieszczaniem kolejnego genialnego hołdu dla gier 8-bitowych. Mina the Hollower to Zelda, o którą nie prosiłeś. Gra dająca sporą swobodę i oczekująca od gracza nauki metodą prób i błędów. Każda technika, jaką Mina posiada, jest na wyciągnięcie ręki. Każda odpowiedź danego problemu najpewniej leży gdzieś nieopodal, ale jeszcze jej nie widzisz. W grze wcielimy się w tytułową mysz, wracającą na przeklętą wyspę, na której niegdyś stawiała wielkie generatory mające ją uchronić. Dziś wymagają one naprawy, a Twoim głównym zadaniem jest odnalezienie ich.
Do wszystkich możesz podejść w dowolnej kolejności, choć podobnie do gier From Software, sugestia o tym, że nie jest to miejsce dla Twojego poziomu postaci, przyjdzie wraz z siłą oponentów. Niezależnie jednak od tego, czy będziesz we właściwym miejscu, czy nie - ginąć będziesz tu często. To gra wymagająca czasu i adaptacji. Rzecz może i prosta mechanicznie (bijemy w czterech kierunkach), ale brutalna w egzekucji. Bossowie biją mocno, a śmierć niesie ze sobą karę utraty kości (niczym dusz w Soulsach). Masz szansę je odzyskać, ale kolejna porażka odbierze je na zawsze. Pewnie wielu nazwie Mine Soulsami i nie będą wcale tak daleko od prawdy - a dzisiaj nadużywa się tego określenia w kierunku gier trudnych. To więcej niż drobna naleciałość. Masz karę za śmierć, masz ogniska, ograniczoną formę leczenia, złożoną mapę i mroczny klimat, który kiedyś stał u fundamentów tego gatunku. W teorii nie będzie tu niezbędnika w postaci i-framesów, ale zastąpiono je zejściem pod ziemię. Mina, z racji kopiących zamiłowań, może zniknąć pod podłożem na krótki okres czasu, co jest tu wykorzystywane tak do zagadek, jak i do uniknięcia mocniejszych uderzeń oponentów. Z realnych braków nie będzie tu wytrzymałości/staminy. To jedyny brak, który i tak nie pozwoli zaklikać bossa na śmierć - są znacznie więksi, nie wybijamy ich z postawy, biją mocno, więc zawsze trzeba się mieć na baczności. Szczególnie że tutejsze leczenie nie działa na zawołanie gracza. W tej materii czuć delikatny ukłon w kierunku Bloodborne i agresji w trakcie walki. Zanim użyjesz potiona, musisz uderzyć wroga kilkukrotnie, aby napełnić pasek pod Twoim HP. Tylko wtedy ta wartość zostanie uleczona. Użycie flaszeczki bez tego, nie przywróci Ci życia wcale. To motyw, który zmienia wiele i to też ten, który mocno utrudnia całą grę. Wielokrotnie znajdziecie się w sytuacji, że pasek życia jest na wykończeniu, ale zamiast się leczyć, musisz znaleźć miejsce do wciśnięcia kilku uderzeń. Najczęściej nieskutecznych.
Wrócę do tego, bo śmierć w tej grze jest elementem zabawy. Obowiązkiem wręcz. Mina the Hollower na pierwszych metrach potrafi być bardzo wymagająca i pozostaje mieć nadzieję, że nikogo nie wykolei na dobre. Zdarzyć się mogą sytuacje, że Twoją przeszkodą będzie skruszona ściana, której nie zauważysz. To kapitalna gra w starym stylu, gdzie trzeba się jej nauczyć, a nie oczekiwać, że czerwony dywan zostanie przed nami rozłożony - jak w dzisiejszym gamingu, nie ukrywajmy. I to w tym tkwi magia, która wypchnęła tę grę na tak wysokie noty. W tych prostych momentach, gdzie wpadasz na jakieś działające rozwiązanie i czujesz delikatną dumę, jak mądry jesteś proste to było. Mina odda wiele takich momentów, gdy poświęci się jej czas. Choć bez wątpienia jest to gra Zeldo-podobna, to mam delikatnego kaca moralnego do Linka ją porównując. Jeśli od Zeldy oczekujesz przede wszystkim zagadek, to tutaj nacisk na nie jest znacznie mniejszy niż na walkę. Jest tu ogrom zagadek środowiskowych w formie znalezienia odpowiedniej ścieżki, ale rzadziej realnego przeniesienia rzeczy X na miejsce Y. Będą też miejsca, gdzie warunki pogodowe mocno wpłyną na komfort naszej rozgrywki. Czy to już udobrucha tych, którzy przyszli stricte dla łamigłówkowego gameplayu? Szczerze wątpię. Mina to rozwiązywanie nieustannego problemu, gdzie iść teraz (gazety mogą pomóc) i szukanie sekretów na własną rękę. Nawet pisząc ten tekst, jestem w 100% przekonany, że nie wiem o tej grze wszystkiego. Czytałem recenzje, gdzie mowa było o braku mapy, po czym szybko taką znalazłem zaraz po uratowaniu pewnej postaci i dotarciu do gildii. I absolutnie nie winię innych za taką niewiedzę. Wręcz jest ona świadectwem na jakość tej gry. GRY, w którą przede wszystkim grasz i cieszysz się jej światem - mapa to też świetny projekt pełen skrótów i nietypowych połączeń. Dostaliśmy w tym roku wiele kapitalnych produkcji, a teraz do listy wypada dopisać kolejną. Mina the Hollower to wizualny i gameplayowy powrót do dawnych lat. Gwarancja dobrej zabawy… zaraz po gigantycznej frustracji, jak niektóre motywy potrafią tutaj nas bić. I to też jej urok - pomimo śmierci, utraty tysiąca kości (i braku możliwości levela, który możesz zrobić w dowolny miejscu, nie tylko przy ognisku), czy entej walki z tym samym bossem - idziesz dalej. W opcjach znajdziecie wiele pomocy, żeby wygładzić sobie rozgrywkę, ale zalecam je pomijać. Z czasem, gdy już przestawicie się na to, co Mina ma w swoim repertuale, jak już wybierzecie broń pod siebie (są trzy startowe, ale potem można zdobyć te niewybrane, jak chociażby w Blasphemous 2), jak już nauczycie się płynniej unikać ciosów, to tylko radość zostanie. Każdy biom to świeży patent, każda część mapy, to nowe sekrety. Nawet to wspinanie się na generatory idzie przetrawić, choć nie jest to najlepsza mechanicznie porcja tego dania - wizualna zmiana perspektywy musi wam wystarczyć. To jedna z najlepszych gier tego roku. I szczerze? Jest szansa, że to będzie tą na szczycie podium.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Yacht Club Games
Plusy:
Nauka na żywioł - nie ma tutoriala, mało co jest jasne, a Ty po prostu musisz się zaadaptować i odnaleźć w tym świecie
Świetna konstrukcja mapy - pełna skrótów, nietypowych przejść i sekretów
Satysfakcjonująca i wymagająca walka - choć mechanicznie ograniczona przez swoje retro korzenie, to zrobiona z głową i pomysłowo adaptująca soulsowe pomysły
Nastawienie na agresję i ofensywę, bez której nie ma leczenia
Ciekawi i różnorodni bossowie - klasycznie dla retro znacznie przewyższający nas wielkością
Kapitalna warstwa audio i wideo - hołd dla 8-bit
Częste zgony, które napędzają, a nie demotywują - pozytywnie potrafi wjechać na ambicję
Jak to wszystko spina się w rozgrywkę dającą ogrom frajdy przy odkrywaniu i pokonywaniu kolejnych przeszkód!
Minusy:
Drobne detale - fanem wspinaczki nie byłem i powiedzmy, że wielu może odtrącić brakiem wskazówek, czy zablokowaniem ścieżki podrapanym pikselem czekającym na zniszczenie
Oczekiwałbym więcej typów wrogów (tych mniejszych)