Pokemon-Violet

Właściciel zdjęcia: Game Freak

Recenzja Pokemon Violet na Nintendo Switch

Wszyscy doskonale wiemy, że Switch jest sprzętem poprzedniej generacji. Jeśli jednak przychodzi tytuł wielki, ekskluzywny, z gwarantowaną gigantyczną sprzedażą, przypomina sobie o tym cały świat. 18 listopada Game Freak zaprezentował dziewiątą generację kieszonkowych stworków. Pokemon Violet i Pokemon Scarlet kontynuują próby wykreowania otwartego świata, które sprawiły konsoli Nintendo sporo problemów w styczniu tego roku (patrz Pokemon Legends: Arceus). Rozkochają nas w sobie, czy nasza reakcja będzie bliższa postawie Psyducka?

Trzymaj Pan tego bydlaka na smyczy


Trafiamy do regionu Paldea, gdzie tradycyjnie dostajemy do wyboru naszego starterowego podopiecznego. Klasycznie jest trawiasty, ognisty i wodny, ale nietypowo jest to wybór niemożliwy. A przynajmniej bardzo trudny. Sprigatito, Fuecoco i Quaxly, to niezwykle urodziwy zestaw. Wtedy jeszcze nie załapałem, że to zwiastun świetnej palety stworków, jaki ta gra oferuje. Ocierałem się o poprzednie generacje i zazwyczaj w większość szkoda było rzucać Poke-Ballem.  Tu mamy fajną mieszankę świeżości z tradycją (popularnymi Pokemonami), co wypada uznać za duży plus tej odsłony.
starter
Po przydługim wstępie – serio, my to wiemy, nie musicie tego wałkować przez 2 godziny – otwiera się przed nami świat. Jeśli jednak żyjesz w przeświadczeniu, że pójdziesz gdzie chcesz i sam wykreujesz swoją historię, to biegnę z kubłem zimnej wody. Brak skalowania levelu przeciwników i niedostępność niektórych terenów trzyma nas na smyczy. Wyjście poza sugerowaną ścieżkę skończyć się może brutalnie, a w innych przypadkach bywa zwyczajnie niemożliwe.

Gdy wyzwanie rzuci los


Dostępne mamy trzy ścieżki fabularne. Wszystkie przechodzimy naprzemiennie. Tą najbliższą Pokemonowym sercom będzie Victory Road, czyli liga i zbieranie odznak z kolejnych gymów. W zasadzie niewiele więcej da się o niej powiedzieć. Zmienną są różnorakie testy, jakim jesteśmy poddani przed podjęciem finalnej walki z liderem. Zazwyczaj banalne, szybko stają się irytującą koniecznością. Przerażająco wolny quick time event, czy zjazd z górki z limitem czasu tak dużym, że można odłożyć joy-cony w połowie drogi.

Wiem, to gra sprofilowana pod odbiorców w każdym wieku, ale nie traktujmy najmłodszych w taki sposób. Nie musimy wykładać wszystkiego na tacy i ich zagłaskać. Nie przypominam sobie, żebym ogrywając Pokemon Silver na Game Boyu Color - a umówmy się, było to kilka ładnych lat temu – miał taki czerwony dywan rozłożony przed sobą. Ba, tam RPGowe naleciałości były mocniej zakorzenione, a jak człowiek przeklikał dialogi albo nie znał angielskiego, to Snorlaxa nie obudził i mógł kończyć przedwcześnie swoją przygodę. Dość wspominek...
walka
Druga ścieżka to Path of Legends i zakłada walki z tytanami. Brzmi epicko i wizualnie tak właśnie jest. Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne, później już nam powszednieje. Przy okazji to tam nasz wierzchowiec odblokowuje kolejne możliwości, które pomagają w podróży. W tle rozgrywa się całkiem emocjonalna historyjka. Przy niej miałem chyba największy żal o brak dubbingu. Sporo tekstów, którym przydałby się ton głosu. Nadałby wszystkiemu wyrazu i podkręcił emocje, które gdzieś tam próbowali zaszczepić.
tytani
Na koniec zostaje najbardziej przegadany Starfall Street. Jednocześnie stawiam go najniżej w mojej hierarchii. Tam zapoznamy się z mechaniką Let’s Go, która zakłada samodzielność naszego Pokemona. Wypuszczamy go, wciąż zachowując kontrolę nad postacią. Podróżując po świecie może on w ten sposób levelować, a w samym Starfall ma zadanie pokonać trzydzieści słabych poków, by odblokować nam możliwość walki z dowódcą bazy.
tryb stars lets go
Przykre jest to, jak Game Freak poszło po linii najmniejszego oporu. Wszyscy liderzy jeżdżą na tym samym pojeździe i mają praktycznie te same ataki. Oczywiście każdy kolejny jest trudniejszy za sprawą levelu, ale smród pozostał. I to nie spaliny! Mechanika Let’s Go zasługiwała na coś więcej. Swoją drogą tam zapragnąłem możliwości odrzucania połączeń. Każda baza jest okraszona długimi gadkami, które niewiele wnoszą i mało kogo interesują. Im nawet dubbing by nie pomógł.

Z odwagą stań i walcz!


Czuć narzekanie z mojej strony? Spokojnie, lekko to zrównoważymy. Turowe starcia zawsze będą bliskie mojemu sercu, a Pokemony na tym polu, choć mało skomplikowane, dowożą frajdę. Ile uciążliwych mankamentów by to ze sobą nie targało, to radość z grania jest odczuwalna. Rozwijanie swoich ulubieńców, łapanie nowych, przypisywanie im ataków, a finalnie dominacja na polu walki. Kolejne godziny mijają przy tym bardzo szybko.
pokedex
Można pastwić się nad wieloma aspektami, ale ten najważniejszy (uzależniający) jest na właściwym miejscu. Zjawisko Terastal, które zwiększa moc naszych ruchów, jest dodatkiem... zbędnym (i cyk, wracamy do zgrzytów). Przewidywalne zachowania komputerowych rywali temu nie pomagają, a i ja nie miałem jakiejś większej frajdy z wykorzystywania go. Ot, było, zapomnimy, zaraz wymyślą coś nowego.

Hucznie promowana kooperacja potrzebuje czasu na rozwój. Na ten moment jest dodatkiem bardzo ubogim. Podczepianie się pod różnorakie Tera Raidy, to świetny sposób na szybkie levelowanie za sprawą szczodrze rozdawanych „candy”. Nijak to jednak nie zyskuje z kanapowym towarzyszem obok. Po prostu biegamy po świecie gospodarza i niewiele poza tym. Za możliwość wymiany i pojedynków nie będę chwalił, bo to obowiązek twórców.
raid

Bugi, o których mówi każdy


Weźmy to na tapet. Po angielsku „elephant in the room”, po pokemonowemu „Donphan w pokoju”. Choć może to nie do końca trafne określenie, bo o tym oczywistym problemie mówi absolutnie każdy. Jeśli widziałeś gameplay nowych Pokemonów, to pewnie dotyczył kiepskiej jakości. Faktycznie jest tak źle? No... tak.
świnki
Otwarty świat Switchowi nie służy, a silnik gry nawet nie chcę sobie zaprzątać głowy czymś w oddali. Jeśli to jest bardzo daleko, to tego nie zobaczysz i pojawi się znienacka. Gdy jesteś w mieście, to mieszkańcy w oddali będą klatkować - nabiorą płynności, dopiero gdy się zbliżysz. Moc obliczeniowa kuleje. Patrzę na niedawnego NieR: Automata i zaczynam poważnie się zastanawiać, jak bardzo możemy to zgonić na konsole, a na ile wina leży po stronie samego Game Freak. Uznajmy, że prawda leży pośrodku.

Błędy kamery mi się zdarzały, ale żeby Pokemony zapadały się notorycznie pod ziemię, jak wskazują prześmiewcze materiały, to nie. Może jestem szczęściarzem, a może da się to zaakceptować? Grę ukończyłem i nie czułem zniechęcenia. Gorzkie też może smakować. Albo tekst z piosenki „odwaga nam doda sił” nabrał właśnie nowego wydźwięku.

Nienawidzę tego


Trochę prywaty. Jeśli jest coś, czego nienawidzę w recenzjach, to ocena. Jak gra jest dobra, to proste. Zła? Banał. Zdarzają się jednak te niejednoznaczne. Widzisz geniusz, ale przy padzie się nudziłeś. Czasami możesz widzieć błędy, ale grało się w porządku. To właśnie Pokemon Violet. Borykająca się z problemami na każdym kroku i emanująca cukierkowością, od której bolą mnie zęby.

Zgońmy na wiek, ale tutejsze streamerki, selfiaczki, cała ta młodzieżowa (dziecięca?) otoczka, to dla mnie coś ciężkostrawnego. Łapiesz się na tym lenistwie twórców i powielaniu schematów w każdej z trzech ścieżek. Zbierasz to w głowie, by po drugiej stronie barykady postawić dobrą zabawę i fakt, jak szybko pochłonąłeś całość. Co wygrywa?

Dziękujemy firmie ConQuest entertainment za dostarczenie gry do recenzji. 


Plusy:

Thumb Up

Bardzo fajny zestaw Pokemonów (mix klasyki z udanymi nowymi dodatkami)

Thumb Up

Walka wciąż daje sporo frajdy

Thumb Up

Ta Pokemonowa/uzależniająca prostota...


Minusy:

Thumb Down

... i wtórność w sposobie przedstawienia

Thumb Down

Błędy techniczne

Thumb Down

Brak dubbingu

7 / 10

Nasza ocena

Awatar

Niko Włodek



Komentarze (0)

Zaloguj się lub zarejestruj aby dodać komentarz