Pathfinder

Właściciel zdjęcia: Owlcat Games

Recenzja Pathfinder Wrath of the Righteous - Cloud Version na Nintendo Switch

Chciałem napisać, że niedawno klasyczne gry RPG z rzutem izometrycznym wróciły do łask. Miałem wspomnieć, że w krótkim odstępie czasu zaczęły nam się pojawiać Pillars of Eternity czy Divinity: Original Sin i tym samym przejść do najmłodszego z nich, Pathfindera. Rzeczywistość jest jednak brutalna, a te serie mają już swoje lata na karku. Jednak przy obranej drodze uparcie zostaje. Uznajmy, że wiele rzeczy się zgadza, a jedynie słowo „niedawno” jest nadużyciem.

Dobrze wspominam te czasy, kiedy co chwila mówiono o inspiracjach Wrotami Baldura, a człowiek liczył na świetną przygodę fantasy. W końcu gra oparta na systemie Dungeons & Dragons (D&D), to wciąż jedno z większych dzieł w historii branży. A o D&D wspomnieć wypada w przypadku Pathfindera, którego korzenie sięgają właśnie tych papierowych wzorców. Firma Paizo Publishing wydała grę opartą o zmodyfikowaną wersję tego systemu w 2009 roku, a ta odwdzięczyła się świetną sprzedażą w kolejnych latach. Na bazie tego sukcesu postanowiono stworzyć elektroniczną wersję.
korytarz
Po udanej Kickstarterowej kampanii powstał Pathfinder: Kingmaker. Odbiór był w większości pozytywny, bez hurraoptymizmu, a Cypryjskie studio Owlcat Games poszło za ciosem. Obiecano pochylić się nad niedoskonałościami poprzednika, powrócono do łask Kickstarterowych darczyńców i świat szybko ujrzał kontynuację. Pathfinder: Wrath of the Righteous debiutował we wrześniu 2021, a ku zaskoczeniu wielu rok później nawiedził wszystkie konsole. Xbox One, Playstation 4 i… Nintendo Switch? Czekaj, co?!

Strumień danych


Pograsz, ale ze stałym dostępem do internetu. Granie w chmurze budzi kontrowersje. Wielu widzi w nim przyszłość, inni starają się taką ewentualność wypierać. To nie miejsce na takie rozważania. Switch sięga po tę metodę coraz częściej i dopóki nie otrzymamy potężniejszego następcy, to nie ma co liczyć na zmianę. Nowsze tytuły są dla Switcha za mocne, a każdy chciałby kawałek tortu (liczba użytkowników konsoli Nintendo) dla siebie. Mam tylko nieodparte wrażenie, że w przypadku tej hybrydowej maszyny chmura ma jeszcze mniej sensu. Idziemy na świadome ustępstwo z graniem wyłącznie w domowym zaciszu. Wyzbywamy się jednej z kluczowych cech Switcha. W podróży o stabilne łączę ciężko.

Załóżmy, że już ustaliliśmy standardy i zaakceptowaliśmy strumieniowanie. Kiedy pogodziliśmy się, że dla kogoś to może być jedyna szansa na ogranie danego tytułu. I finalnie przestaje nas tak bardzo interesować, co ktoś robi ze swoimi pieniędzmi – czas na konkrety. To był mój pierwszy kontakt ze Switchowym Cloud Gamingiem. Miłość od pierwszego wejrzenia nam nie grozi. Nazwałbym to prędzej brutalnym pobiciem nieświadomego przechodnia. Człowiek zaakceptował powyższe, znalazł czas na granie i… serwery były przepełnione. Moje wyobrażenie o tym idealizowanym strumieniu było nieco inne. Czekanie na niewiele się zdało, bo cóż mi po żółtej koszulce lidera, jak na tor dalej mnie nie chcą wpuścić. Ponowna próba (po paru godzinach) była skuteczna, a po dość długim wczytywaniu i przedzieraniu przez kolejne akceptacje ujrzałem Pathfindera.
Kolejka chmury
Doświadczenie uważam za akceptowalne. Z lekko zaciśniętą szczęką. Byłem zaskoczony, że nie czułem jakiegoś większego dyskomfortu. Momentami mogłem nawet zapomnieć, że mam do czynienia z graniem w chmurze. Od przycięć bardziej prawdopodobne było rozmazanie ekranu. Z początku sporadyczne, ale przy bardziej wymagających scenach wyraźnie częstsze. Inna sprawa, że akurat ten tytuł nie zwala z nóg grafiką. To nie jest tak, że nigdy tak ładnej rzeczy nie widziałem na swoim OLEDzie. Nie chcę przez to powiedzieć, że doszło do fuszerki jak przy Kingdom Hearts (które powinno być odpalane natywnie, a wyszło na tym samym patencie), bo mam świadomość, że i tak by tego konsola nie udźwignęła. Po prostu nie nastawiajcie się na fajerwerki.

Gniew sprawiedliwych


Mamy tu do czynienia z kontynuacją nie bezpośrednią, więc fabułę można chłonąć bez zgrzytu. A ta zaczyna się od naszego mocno obitego, umierającego wręcz ciała, które ktoś przeciągnął na lokalny festiwal. Tam otrzymawszy pomoc, jesteśmy świadkami inwazji demonów. Od tego momentu wiemy, że nasze ścieżki skrzyżują się ponownie. Postaci są zgrabnie napisane, choć sam trzon historii mnie nie porwał. Motywy dość sztampowe dla tego settingu. Szybko zdałem sobie sprawę, że większy nacisk został tu położony na walkę. Tej jest tu bardzo dużo.

W grze możemy wybrać odpowiadający nam system pojedynków. Do znanego z poprzedniej odsłony (i chociażby Baldurów) czasu rzeczywistego, na prośbę fanów dodano system turowy. I jako wielki fan tego drugiego… wybrałem czas rzeczywisty. Trudno nie odnieść wrażenia, że taki był oryginalny zamysł twórców. Turowy odłam traktuje jako ciekawostkę. Próbowałem go i nie czułem tej taktycznej zajawki niezbędnej do powolnego rozgrywania bitwy. Na pewno pomoże w niektórych momentach zapanować nad jednostkami, ale docelowo kierowałbym uwagę w drugą stronę.
Turowa walka
Nawet jeśli rzuty kostką plują nam w twarz. Mam wrażenie, że czasami ten losowy element z papierowego pierwowzoru był dla mnie mało łaskawy. Mocno potrafił on podkręcić poziom trudności. Niby można zmienić na łatwiejszy, ale to trochę jak piwo bezalkoholowe. Wyczułem niesprawiedliwość i z tego, co wiem, to nie jestem w tym odosobniony. Na plus możliwość zmiany systemu w locie.

Ogółem chcę powiedzieć, że fundamenty pod udaną porcję RPGa są na swoim miejscu. Nie jest to tytuł z najwyższej półki, ale w niektórych aspektach ma takie aspiracje. Twórcy czasami chcieli za dużo i łatwo tu dać się przytłoczyć. Samo tworzenie postaci daje całą paletę możliwości i może zająć pokaźny kawałek czasu. Krucjaty uznawane za biednego kuzyna Hereos of Might & Magic trochę wybijają z rytmu, a i questy potrafią zostawić trochę do życzenia. Jeśli jednak chodzi o kluczowy element prowadzenia bohatera, to bawiłem się nieźle. Tak opcje dialogowe, jak i wachlarz możliwości rozwoju, to gratka dla lubiących dłubanie w statystykach. Oprócz klasycznego drzewka pokuszono się tu o ścieżkę mityczną, która daje nam dodatkowe umiejętności, a obdlokowujemy ją wraz z postępami fabuły (nie punktami doświadczenia).
Levelowanie

A imię Twoje będzie... losowe


Da się zauważyć, że nienaturalnie przyspieszyłem bieg wydarzeń. Przyznaje, że wiele aspektów rozgrywki opisałem po łebkach. Chciałem Wam dać ogólny zarys i szybko skupić się na najważniejszym. Grałem zaciekle, choć obecnie jest to produkt absolutnie niegrywalny. To nie mój kaprys, a pozbawienie każdego grającego na Switchu tlenu. Zaczęło się od nazewnictwa postaci. Otóż... nie jest ono możliwe. Tu naprawdę jesteś skazany na losowe imię bohatera. Klawiatura Switcha nigdy nie uraczy Cię swoją obecnością. Zakręciłem tym kołem fortuny i stwierdziłem, że nie każdy barbarzyńca w RPGu musi nosić moje imię. Do nowego się przyzwyczaję, a w ogóle to przecież nie jest najważniejsze.

Zacząłem więc całkiem przyjemną rozgrywkę, opanowywałem podstawy z samouczka i działanie kontrolera (do niego wrócę). Doszło do leczenia postaci. Wybrałem potion, kliknąłem dodaj do context menu (centralny pasek ze skillami, przedmiotami do użycia, itp.) i... to by było na tyle, bo to menu najzwyczajniej w świecie nie działa. Nie daje możliwości dodawania przedmiotów, a tym samym uniemożliwia nam grę. Nie jesteś w stanie się uleczyć (z poziomu inwentarza nie jest to możliwe), nie dodasz też nowych czarów. Kurtyna. Twórcy obiecali poprawki, ale wielu konsolowych graczy wypomina podobne zapewnienia, których nie doczekał się Kingmaker.
Context Menu
Jeśli to Was nie odstrasza i cechuje Was niebywałe samozaparcie lub macie skłonności masochistyczne, to wspomnę, że granie kontrolerem nie należy do najwygodniejszych. Robili, co mogli, żeby przełożyć to wszystko na kilka przycisków i analogi, ale pewnej poprzeczki zwyczajnie nie da się przeskoczyć. Widać, że to wszystko konstruowane było pod zestaw PC-towca. Przedzieranie się przez najprostsze czynności w menu jest męczące. Samo kierowanie postacią jest ok, choć gwarantuje, że bezmyślna część naszej drużyny wpadnie w jakąś pułapkę (a tych jest bardzo dużo na każdym kroku). Dali możliwość przełączenia na komputerowy kursor, ale to wciąż wymaga od nas za dużo. 

Fajne, ale nie


Byłem dzielny i grałem, ile mogłem. Próbowałem ugryźć jak najwięcej. Zakazali potionów, to starałem się wykorzystywać do odpoczynku obozy. Zmniejszyłem poziom trudności, żeby przedzierać się gładko przez wrogów. Żadna to jednak przyjemność. Lepszego podsumowania niż to napisane wyżej nie wymyślę – jest to produkt niegrywalny. Poprawki są tu konieczne i potrzebne na wczoraj. W tym stanie nie powinno to ujrzeć światła dziennego. Przymykając oczy na te rażące błędy i tak mam wrażenie, że Pathfinder nie rozkocha mnie w sobie jak zrobiły to wszystkie wspomniane we wstępie RPGi. Było by to solidne 6,5/10, może pół oczka wyżej, ostateczna ocena jest jednak dużo niższa.


Plusy:

Thumb Up

Możliwość dostosowania walki do swoich upodobań

Thumb Up

Bogaty kreator postaci (poza wizerunkiem)

Thumb Up

Chmura nie okazała się AŻ tak bolesna...


Minusy:

Thumb Down

... jak tylko uda się uniknąć kolejki

Thumb Down

Losowość przy trafieniach bywa oszukańczo bezlitosna

Thumb Down

Context menu nie działa i uniemożliwia zabawę!

3 / 10

Nasza ocena

Awatar

Niko Włodek



Komentarze (0)

Zaloguj się lub zarejestruj aby dodać komentarz