Recenzja Minishoot’ Adventures na Nintendo Switch 2
Minishoot’ Adventures objawił się przed fanami Nintendo na ostatnim Direct, choć swoją premierę na PC miał znacznie wcześniej. Cieszy się tam nawet przytłaczająco pozytywnym odbiorem graczy na Steam, ale po krótkiej wstawce trudno było wywnioskować, czym ta gra konkretnie jest i co sobą reprezentuje. Raziła w oczy minimalizmem graficznym, który pod tą prostą (flashową?) powłoką skrywa nietypowe połączenie shmupa z… metroidvanią. Niedawno mieliśmy całkiem podobny eksperyment przy Star of Providence, gdy z top-downowej perspektywy łączyliśmy shmupa z roguelitem, więc tym milej widzieć, że deweloperzy widzą w tym potencjał do eksploracji.Najgorsze, co możecie tej grze zrobić (i swojej potencjalnej frajdzie z grania), to odpuścić ją na pierwszych metrach. A trzeba przyznać, że ona robi bardzo dużo, żebyście ją odpuścili. W fazie wstępnej jest to produkt idealnie wpisujący się w słowa o prostocie. Banalny wystrój wnętrz, dość powolny statek, brak klarownego celu. O ile to ostatnie jest dość typowe dla gatunku, tak już całą resztę dałoby się ograć lepiej.
Minishoot’ niestety nie rozwiąże wszystkich swoich problemów na przestrzeni tych 5-7h potrzebnych do ukończenia. Nigdy nie przerodzi się w łabędzia z ładnym światem i bardzo różnorodnymi przeciwnikami. Uważam, że w tej materii najmocniej odczuwalny jest mikro charakter produkcji. Krajobraz zmienia się za rzadko, a nawet jak to robi, to bez powiewu świeżości.Świetnie zaś poradzili sobie w odczuwalnym rozwoju naszego statku. I tu mowa zarówno o perkach koniecznych do odszukania w celu ulepszenia statku (w końcu metroidvania), jak i o levelowaniu, o które dbamy sami pompując kolejne części drzewka rozwoju. Z tego powolnego, małego stateczka, zamieniamy się w małą maszynę do zabijania - szybszą i przede wszystkim z lepszym osprzętem.
To banalne stwierdzenie, wiem, ale odczuwalne tym mocniej, gdy czuć tu zamiłowanie twórców to gier typu bullet hell. Akurat nadmiaru nadlatujących pocisków nie brakuje tu i na pierwszych metrach produkcji, która ochoczo korzysta z uroków zamykania nas w ciasnej przestrzeni i rzucania kolejnych fal wrogów.
Nie liczcie oczywiście na żadne wymowne story driven, bo z dialogów dostaniecie tylko piski, a ze wskazówek swoją ciekawość i orientację w terenie. To gra dla tych, którzy lubią eksplorację. Taką niezobowiązującą podróż po nieznanym w futurystycznym świecie pełnym szybujących statków.Aż nie ma o czym pisać, bo ten świat, to tempo i ta rozgrywka, to w zasadzie rzeczy kluczowe do poruszenia. Minishoot’ Adventures może idealnie wstrzelić się w czyjeś gusta, ale dla szerszego ogółu pozostanie raczej ukrytym diamencikiem. Przyjemnym gameplayowo, ale niesamowicie odpychającym swą prostotą. Za dużo rzeczy poszło tu po linii najmniejszego oporu. Ewidentnie cierpieli na niedostatki budżetowe. Wierzę, że Ci twórcy, wracając na to gatunkowe pole, mogą kiedyś zgotować prawdziwy hit, ale ta gra jeszcze nim nie zostanie.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie JF Games
Plusy:
Siła w prostocie - gameplay jest banalny, ale wciąga
Odczuwalny wpływ rozwoju “postaci” na rozgrywkę
Idealna dla szukających przygody po nieznanym - bez wskazówek i ze sporym naciskiem na orientację w terenie
Bullet hellowy aspekt został solidnie ograny
Minusy:
Na pierwszych metrach jest to zbyt nijakie i może odrzucić - a w dzisiejszym przepychu gamingu to duży problem