Recenzja Escape from Ever After na Nintendo Switch 2
Escape from Ever After to gra z gatunku… Paper Mario. RPG pozbawione cech RPG. Wygładzone do granic możliwości, ale kolorowe i zabawne. W chwili pisania tego tekstu posiadające na Steam przytłaczająco pozytywne noty od graczy, co tylko podpowiada mi, że najwyraźniej znów idę pod prąd.
Gra pojawiła się na eShop 23 stycznia i przedstawia historię młodego bohatera, który poprzysiągł zabicie niebezpiecznego smoka. Udaje się do jego leża, gdzie spotyka totalną biurokrację i ani jednego gada. Zmieszany sytuacją próbuje ustalić położenie arcywroga, by szybko zostać zidentyfikowanym, jako protagonista. Okazuje się bowiem, że zamek smoka został przejęty przez korporację Ever After, która widzi spory potencjał w naszym bohaterze, a jego sprzeciw i dążenie do pierwotnego celu wpycha go do więziennej celi. Tam poznaje znacznie mniejszą wersję swojego smoczego adwersarza, który został zmniejszony przez Ever After przy pomocny magicznej obroży. Obaj dochodzą do wniosku, że najłatwiej będzie się ich pozbyć od środka. Zatrudniają się w Ever After i zaczyna się ich przygoda wewnątrz różnych znanych bajek.Od tego momentu Escape from Ever After zaczyna kształtować się jak każdy reprezentant tego podgatunku. Zwiedzamy kolejne poziomy, poznajemy kolejnych bohaterów, którzy do nas dołączą i liniową ścieżką kroczymy do mety, po drodze dostając potężną mieszankę walki i zagadek środowiskowych. Te drugie opierają się na specjalnych zdolnościach naszych towarzyszy. Każdy ma jakąś umiejętność. Zagadka to zazwyczaj odblokowanie dalszej drogi, do czego obligatoryjne będzie wykorzystanie tych zdolności w odpowiednim miejscu/kolejności - nic przesadnie trudnego. Walka odbywa się w turach, a do wykorzystania mamy podstawowe i specjalne ataki każdej postaci, synergię między nimi (w tym celu wykorzystujemy napełniający się u góry ekranu pasek) oraz przedmioty pomocnicze. Dać się tym przytłoczyć nie sposób, a tę walkę (lwią część produkcji) uważam za największy problem tej gry. Już tłumaczę!
Zacznijmy od tego, że nawet w Paper Mario nie byłem do tego systemu przekonany, a konieczność wciskania przycisku w odpowiednim timingu rzadko kiedy się udaje. Sea of Stars jest przykładem, gdzie to w ogóle nie ciążyło na graczu, a po drugiej stronie barykady stoi wiele tych produkcji ze stylistyką nastawioną na młodszych odbiorców. One zwyczajnie mnie nudzą.Escape from Ever After tę nudę pogłębia przez nędzne decyzje projektantów. Ich nadrzędnym pomysłem dla przebiegu każdego pojedynku, była, podobnie do zagadek, wymiana bohaterów. Konieczna z tego powodu, że po drugiej stronie wrogowie mają swoje postawy, które możemy obejść konkretnymi atakami. Dla przykładu wyciągnięta włócznia nie pozwoli podejść smoczkowi, żeby zionął ogniem, ale nasz bohater może rzucić swoją tarczą i po problemie. W drugą stronę rzucona tarcza nic nie zrobi drewnianej tarczy wroga, ale już smok pomoże. Przy zwiększonej liczbie postaci (w tym postaci rezerwowych podczas bitwy, bo po naszej stronie walczy tylko dwójka) wymiana może oznaczać stratę tury lub zużycie tych środków na ataki specjalne - …chyba żeby wydłużyć nam sztucznie tę (nie)przyjemność z walki. I faktycznie bardzo szybko ten system zaczyna na człowieku ciążyć. Jeden świat jest zazwyczaj wysypany kilkoma rodzajami wrogów, a po naszej stronie brakuje rozwoju. Dość powiedzieć, że przy walce z pierwszymi przeciwnikami w grze, jak i ostatnim bossem (!), nasz protagonista ma ten sam zestaw trzech ataków podstawowych. Nawet zadają one zbliżone (bardzo niskie) obrażenia, więc o rozwoju postaci można chyba zapomnieć - jest on w formie ogólnej + do HP, MP, siły. Rozwój gracza poprzez dodanie kolejnych postaci to niekoniecznie system tu należycie funkcjonujący.Gra w mojej głowie się zapętlała, kręciła w kółko, choć na uznanie zasługuje na pewno jej styl, jak i luźne, humorystyczne podejście. Tu czuć vibe Paper Mario, co zresztą w Paper Mario wybrzmiewa równie dobrze. Zazwyczaj mam tak, że doceniam teksty z tych gier, a niekoniecznie gameplay. Niby chce się grać, żeby sprawdzić, co dalej, ale boli w człowieku, że musi znów robić te same ataki, trzymać te same przyciski, a “różnorodność” idąca z koniecznością wymiany postaci tylko sytuację pogarsza. Tak źle, tak niedobrze. I pewnie większość patrzy pod kątem całej otoczki Ever After, która daję radę. Jej żartów, jej kresce, jej poczuciu baśniowej świeżości. Zakalec tkwi w pojedynkach (zagadkach mniej), których zwyczajnie nie udało się obronić.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Evolve PR
Plusy:
Baśniowy styl i żartobliwe nawiązania do znanych klasyków
Humor w dialogach
Kusząca bajkowa kreska
Minusy:
Praktycznie brak rozwoju postaci
Pomysł z postawami i ciągłym wymuszaniem zmian nie daję różnorodności, która oparta została wyłącznie na jego barkach - walka jest przeraźliwie nudna