LABS Works może być znane fanom indie za sprawą swojej gry Astalon: Tears of the Earth. Po prawie pięciu latach znów wracają oni do retro stylu, ale tym razem w znacznie odmienionej i humorystycznej formie. Lovish przedstawi nam losy rycerza, który ma zamiar uratować księżniczkę… i upewnić się, że ona go pokocha. Do tego celu zamierza użyć magicznego hełmu, który wywołuje taki efekt u innych, co zresztą praktykuje po drodze na bossach, jak i przed grą na swoich kompanach, którzy mieliby mu pomóc wykończyć przetrzymującą ją Demon Lorda - w myśl zasady o wczesnej eliminacji konkurencji do serca księżniczki!Lovish to jednocześnie mały list miłosny do czasów 8-bitowców. Jeśli ktoś miło wspomina czasy Pegasusa, to tu ma małe wehikuł czasu. Gatunkowo jest to coś, co nazywamy precision platformerem. Grą o prostym sterowaniu, której wyzwanie tkwi w projekcie poziomów i konieczności wykonywania idealnych/wykalkulowanych skoków.
Zanim ktoś odwróci się na pięcie, uspokajam, to nie poziom Celeste, czy innych tytułów kopiących leżącego gracza. Wyzwanie uznałbym za bardzo umiarkowane, bo i wszystkie levele mieszczą się na jednym ekranie, a największym wrogiem… będziesz sam dla siebie. Zaczniesz przyspieszać, bo coś przeskoczyłeś już X razy i wtedy staniesz się podatny. Solomon (tak na imię ma nasz protagonista) posiada 1HP. Oberwiesz - koniec próby. Takich żyć na przejście wszystkich 80 leveli masz bodajże 200, a kolejne możesz zdobyć w trakcie podróży - kończąc tytuł, miałem ogromny zapas, ale trafiłem na starożytne pismo mówiące, że skończenie żyć wcale nie skończy naszej gry i żeby wyluzować.Jakie wyluzować? Jaki list? Już wyjaśniam - Lovish to nie jest gra traktująca się poważnie. Pomiędzy 80 levelami (co 10 to boss) dostajesz losowe scenki. Od znalezienia wspomnianego listu, przez otrzymanie jakiegoś przedmiotu, turową walkę, Game Boya, w którym faktycznie jest osobna gra, aż po… wdepnięcie w odchody, które, jak mniemam, niosą zapach, ale nie robią nam nic. Zdarzyło się nawet, że po trudnym levelu dostałem scenkę deja vu i musiałem go przejść ponownie. Humor tej gry wybrzmiewa na każdym kroku, a Solomon to taka niezdara wyrwana z jakiejś bajki.Raczej krzyki, raczej płacze, a rzadziej heroizm i powaga. Podobno przygotowano 150 takich scenek, choć muszę otwarcie przyznać, że podczas swojego playthrough kilka mi się powtórzyło - najwyraźniej losowość nie wyklucza tych już widzianych, a powtarzają się te, które nie mają żadnych konsekwencji.Celem gry, poza dotarciem do celu i ubiciem finalnego bossa, jest zdobycie wszystkich przedmiotów - w trakcie scenek lub kupując je w sklepie za zebrane monety - i zebranie koron poukrywanych na każdym ekranie (często w ścianach niczym w starych Castlevaniach). Tu domniemam może się kryć dobre zakończenie, choć patrząc na wydźwięk i trolling twórców, to nie jest gwarantowane - przeszedłem ją, ale jeszcze nie na 100% Przedmioty sięgają od totalnie żartobliwych, jak telefon, gdzie masz bestiariusz już Cię kochających niedawnych wrogów, po niezbędny do pełnego ukończenia dash lub ciosy zadawane w górę lub w dół (podczas skoku).Tytuł ten uważam za świetną rozrywkę… ale mimo wszystko dość krótkotrwałą. Jeśli ktoś ma zamiar skończyć ten tytuł raz i porzucić, to mówimy tu o… może 2h zabawy. To już zależne od umiejętności. Levele robią się bardziej złożone, choć ich złożoność raczej pochodziła z konieczności kręcenia się w kółko, by wciskać odpowiednie przyciski, niżeli z kombinacji skoków. Czasami zostaniemy przeniesieni na demoniczny poziom, który przy początkowej postaci może się wydać nieosiągalny, ale im więcej skilli pozyskamy, tym prostsze się to wszystko zrobi. Największy zawód przyszedł chyba z bossami, których patenty są bardzo ograniczone. Oni wpisali się w NESowe klimaty. Ataków mają po dwa na głowę, a ostatni boss chyba 2x po trzy, bo ma dwie fazy. Tylko na nim można coś tam HP stracić, bo cała reszta tych generałów to ofermy czekające na ostateczny cios.Jestem przekonany, że Lovish nie zrobi jakiejś furory, bo nawet w świecie precision platformerów nie chciał być przesadnie… precyzyjny w oferowanym wyzwaniu. To jednak nie zmienia faktu, że to bardzo przyjemna/dobra gra. Ma na siebie pomysł, ma styl, ma humor, świetną muzykę i okazała się zaskakująco przyjemną przygodą (nawet jeśli krótką). Nie jest to poziom miłości, jaki miałem do bardzo niszowej gry Symphonia w zeszłym roku (niezmiennie polecam!), ale to wciąż nisza, którą wypada złapać przy nostalgii do 8-bit.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Dangen Entertainment
Plusy:
Humor i urok na każdym kroku - od głównej fabuły po różnorodne scenki
Ukryty samouczek wewnątrz - jeden starożytny skrypt powie nam coś nowego o skokach, drugi zdradzi tajemnicę naszych żyć
Muzyka, styl, gameplay - przy nostalgii do 8-bitowców to musi zadziałać
Prostota sterowania i uprzykrzenie życia gracza designem poziomów…