Choć na koncie mają zaledwie cztery pozycje, to doinksoft dało się poznać jako studio lubiące eksperymentować w retro klimatach. Gunbrella łączyła shotguna z parasolką, Gato Roboto miało świetny styl artystyczny, a Demon Throttle to bardzo klasyczny side-scroller z wysokim poziomem trudności i dystrybucją wyłącznie w pudełkach (nie ma cyfrowej wersji) - ich najstarsza i jednocześnie moja ulubiona gra. Najnowsza pozycja miała zadebiutować miesiąc temu, ale wolała uciec przed potężną myszą od Yacht Club Games (Mina the Hollower), co z perspektywy czasu wypada uznać za słuszny ruch. Inna sprawa, że ta ucieczka od niezależnego hitu nie upoważnia Dark Scrolls do powtórzenia tego sukcesu. A po zagraniu mam wrażenie, że będą od tego dalecy... Zacznijmy od tego, że ten 8-bit ma sporo uroku, ma humor i zestaw bardzo różnorodnych postaci. To roguelite, który zakłada przejście kilku plansz wypełnionych przeciwnikami, jakby chciało nieśmiało nawiązywać do kultowego Ghosts’n Goblins. Fabuła nie ma tu większego znaczenia i choć dostajemy krótkie wprowadzenie o tytułowych mrocznych zwojach, to brak jej znajomości w niczym nie przeszkodzi.
Bazowo dostajesz trzy postacie - barbarzyńcę, łotrzyka i maga. Jeden rzuca toporami jak w klasycznych Castlevaniach, drugi potrafi wyżej skakać, podbijając się wystrzałem sztyletów, a mag dysponuje dashem zadającym obrażenia, ale bywa dość niemrawy w kontekście samych skoków. Sama gra jest designowana tak, by wszystkimi grało się inaczej i sam wybór niósł różny poziom trudności. Ewidentnym będzie, że barbarzyńca wyda się najłatwiejszy, co akurat wiąże się z dość kontrowersyjnym ruchem, jaki mu zaserwowano. Otóż jego stomp, który wykonujemy w trakcie skoku, zawiera tak hojne i-framesy, że praktycznie skacząc po głowach niczym Mario, można sobie pozwolić na pierwsze przejście całości. Dark Scrolls oczywiście zachęca do odkrywania swoich sekretów, którymi będą kolejne, jeszcze mocniej udziwnione postacie, jak i alternatywne ścieżki trasy, które przemierzamy (łącznie są 3 wg mojej wiedzy). Klasyczne dla rogali różnicą przy kolejnych próbach powinny stanowić buildy postaci, które tworzymy z udogodnień, wykupując perki z obowiązkowego sklepu. Te przypisujemy do jednej z pięciu gwiazdek i odpalają się one, gdy ich liczba rośnie i akurat trafi na wcześniej zadeklarowany pułap - rosną od pokonywanych wrogów, naturalnie. Kiedy mamy pełny zestaw, to możemy użyć ultimate ataku, który jednocześnie niweluje gwiazdki i pozwoli ponownie skorzystać z wcześniej ustawionych perków. I ta decyzyjność, czy użyć ulta teraz, czy poczekać na bossa, to w zasadzie jedyna ciekawostka w tym systemie. W moim odczuciu jest to bardzo kiepska forma urozmaicenia, która na domiar złego wymaga żmudnego odblokowywania kolejnych umiejętności w procesie zbierania kryształów (przyznawanych po skończonej próbie, jak to bywa w roguelite’ach). Zanim ta nasza lista urośnie do rzeczy jeszcze mocniej dziwacznych (i tym samym dla wielu zabawnych), to może dojść do… znudzenia całością. Gra ma bardzo banalną strukturę. Każdy z odwiedzanych leveli jest podzielony na trzy segmenty. Zmieniają się one okazjonalnie designem, ale nigdy nie na tyle, żeby samymi sobie nieść świeżość. Pierwszy segment prowadzi do areny walki z falami wrogów, drugi do sklepu, a trzeci do bossa kończącego etap. Sama ta konstrukcja to swoją drogą gwarancja szybkiego znużenia, a stale przypisani bossowie tej sytuacji nie poprawiają (oczywiście trasy są różne, więc alternatywne światy przyniosą swoich “generałów”).
Całością można się bawić w kooperacji do 2 osób, ale jest to zdecydowanie trudniejsza forma rozgrywki. Choć nie ma friendly fire, to jednak przy pędzącej mapie (trzeba uważać, bo opieszałość, czy brak doskoczenia gdzieś na czas, może prowadzić do natychmiastowego zgonu) bardzo łatwo odbijać się będziemy od swoich głów, czy blokować kolegom swobodę ruchu - frustracja gwarantowana. Coś, co powinno napędzać do wspólnej zabawy, jest raczej ciekawostką dla najmocniej zajawionych. Dark Scrolls bardzo chciało być grą w starym stylu. Pozwalać się odkrywać, szukać ciekawostek i inspirować do dalszej zabawy odblokowanymi postaciami. W efekcie jest jednak rogalem ze zbyt małą różnorodnością, którego kołderka jest bardzo krótka i dość szybko zniechęca, jeśli kolejnej postaci NIE odkryjemy dostatecznie szybko (a nie wszystkie są tak oczywiste, jak zamknięty w klatce pies przy pierwszym bossie). Udało się dowieźć chaos i idące z nim bardzo nietypowe, często humorystyczne mechaniki postaci oraz perków, ale to niestety clou całej gry. A to pełnego baku nie naleje. Od początku będziecie jechać na oparach. Tyle dobrego, że te runy są faktycznie krótkie, więc może nie być trudno namówić się na szybką powtórkę. O ile oczywiście nie zniechęcicie się tym, że gra nie tłumaczy absolutnie nic - nie ma opcji podejrzenia sterowania, czy wyjaśnienia działań perków. Tu tylko gęś zrobi Honk Honk, a całość musisz ogarnąć organoleptycznie.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Cosmocover
Plusy:
Humor i styl artystyczny
Mnogość różnorodnych (!) postaci do odkrycia
Minusy:
Niektóre decyzje dotyczące bohaterów są absurdalne i wydają się “psuć grę” (i tu mowa o podstawowym bohaterze)
Wtórność (największy grzech gatunku) - tak przez budowę poziomów, dość pokraczny system perków, jak i żmudny proces odkrywania nowości
Model kooperacji rodzi więcej frustracji niż radości
Nie jestem wielkim fanem tutoriali, ale kompletne nic też nie wyszło tej grze na dobre