Powoli zbieramy okruchy po grach Frictional Games, mając możliwość zagrać w nie na Nintendo Switch. Zaledwie w zeszłym roku dostaliśmy SOMA, więc teraz przyszedł czas na trzecią odsłonę najpopularniejszej serii szwedzkiego studia Amnesia, o podtytule Rebirth - poprzednie dwie części wchodziły w skład kolekcji jeszcze na NSW1 w 2019 roku. W grze przeżyjemy katastrofę lotniczą, która po przebudzeniu zaserwuje nam tytułowy zanik pamięci. Nazywamy się Tasi Trianon, a jej historia… to w sumie nic wyjątkowego.Gra oparta na narracji, w której fabuła nie napawa optymizmem, to nie jest najlepszy start dla recenzji, ale nie ma co ukrywać, że Rebirth nie jest najjaśniejszym punktem popularnej serii horrorów. Jeśli ktoś planował zacząć swoją przygodę od tej odsłony, to najpewniej nigdy nie sięgnie po pozostałe, które lepiej radziły sobie w temacie grozy.
Amnesia: Rebirth, jak na tytuł mocno zawierzający swój sukces opowieści, jest bardzo nieporadny we wkręcaniu nas w swoje fabularne zawiłości. Często będziemy dryfować między nieznanymi światami, a to poczucie zagubienia nigdy nie przerodzi się w przesadne zainteresowanie. Szczególnie jeśli obce będą nam pojęcia z wcześniejszych odsłon - ważną rolę będą tu pełnić zjawiska, które Amnesia starała się wyeksponować w poprzednich tytułach.Odarta z tego historia Tasi pozostawi zmieszanym do samego końca, a nawet jak zaakceptujemy jej wierzchnią warstwę, to nie będzie ona niosła za sobą zbyt wiele. Będzie tu klimat, będzie nabierający rozpędu design lokacji (bo pierwsza godzina, może mniej, to jakieś nieporozumienie!!), ale zamiast łykać kolejne informacje jak młody pelikan, zaczniemy odczuwać coraz większe poczucie znudzenia.
Wypadałoby oczekiwać, że w symulatorze chodzenia z przeciętną historią uratuje nas sam horror, ale i tu jest w kratkę. Zdarzają się momenty niepewności. Podskórnej świadomości, że coś z nami jest w danym kompleksie, ale czy finalny kontakt niesie ze sobą aż taką grozę? Raczej nie, ale to też kwestia indywidualnej wrażliwości, więc każdy może to odebrać inaczej. Ciągle skradanie już nie bawi jak kiedyś, bo i ten gatunek zbyt często sprawia wrażenie, że stoi w miejscu. Amnesia: Rebirth to właśnie idealny przykład tej stagnacji w gatunku. Nie stara się wyróżnić absolutnie niczym, poza Algierskim, pustynnym otoczeniem - które pewnie gdzieś już było, ale w tej chwili nie mogę skojarzyć.Mechanicznie gra opiera się na znanych schematach. Celebruje fizykę przedmiotów i atakuje niepokojącymi obrazami, gdy za długo przebywamy w budzącym strach mroku. Jest tu mocny nacisk na oświetlenie, więc przynajmniej tyle dobrego, że na Switch 2 wygląda to przyzwoicie i okazjonalnie potrafi zachwycić - czego nie mogła zrobić dedykowana poprzedniej wersji konsoli SOMA. Nie chcę też przesadnie rozbudzać wyobraźni i podbijać oczekiwań, ale miejsce, do którego się przenosimy, jest całkiem udaną inspiracją twórczością Gigera - artysta odpowiedzialny za Ksenomorfa.
To gra, po której trudno uwierzyć, że wcześniej stworzyli jeden z lepszych tytułów w tym gatunku. Zmiany na stanowisku scenarzysty są odczuwalne, a dusza wyparowała wraz z poprzednikami. Tu zamiast horroru i intrygi miałem więcej melodramatu. Znam gorsze gry, w których spędzicie te 6-7 h (w sumie górna granica, jak na walking sim), ale i tak raczej polecam hamować entuzjazm przy nowej/starej Amnesii.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Abylight
Plusy:
Jest tu klimat - jeden ze światów może się spodobać wizualnie, a i na NSW2 wygląda to przyzwoicie
Wpływ światła i fizyka obiektów - czyli klasyczne atuty Amnesii
Minusy:
Miałka historia, którą najlepiej poznawać znając poprzednie odsłony - choć i to jej nie uratuje
Na dobrą sprawę więcej tu melodramatu niż horroru
Absolutnie nic nowego w gatunku/serii - a na pierwszych metrach ta gra to udręka, która namawia do jej całkowitego odpuszczenia