Recenzja Tales of Arise - Beyond the Dawn na Nintendo Switch 2
Tales of Arise to wydany w 2021 roku jRPG, który do tej pory pozostaje ostatnią częścią jednej z dłużej ciągnących się serii. “Tales of” liczy sobie już siedemnaście odsłon i to nie wspominając remasterów, którymi Bandai się obecnie zachłysnęło - na ostatnim Direct dowiedzieliśmy się o powrocie Eternii z roku 2000. Poznamy tu losy zamaskowanego bohatera, który cierpi na amnezję. Przebywa obecnie w obozie pracy, w którym jego “rasa” jest wykorzystywana przez możnych tego świata. Kraina ta cechuje się wyraźnym podziałem na bogatych i biednych, Renan i Dahnan. Idąc klasycznym tropem jRPGów, ta sytuacja musi się odmienić, a w centrum wydarzeń staniemy my. Po kilku godzinach przypomnimy sobie imię, a wszystko za sprawą nietypowego przymierza z księżniczką drugiej strony barykady, Shionne. To ona wprawi w ruch domino, które zakłada pokonanie władców rządzących pięcioma krajami tego świata. Tę dwójkę łączy jeszcze jedno - on nie odczuwa bólu, ona zadaje go przy każdym dotknięciu.
I o ile pierwsza część fabuły jest całkiem przyzwoicie trzymana w ryzach, a tempo, nawet jeśli zwalnia, pozostaje akceptowalne, tak gra ma spore problemy w dalszej porcji rozgrywki. Rozmywa się, potęguje już i tak nadmierną ilość rozmów/cutscenek, a i nieustannie brakuje jej motoru napędowego. W jRPGach, filmach o superbohaterach, czy innych tego typu “ratowaniach świata”, kluczem dobrej fabuły jest… czarny charakter. To od wyrazistego antagonisty zależy nasz odbiór, a Tales of Arise stoi w opozycji do tej teorii. Traktuje złoli jako mało znaczący aspekt, kładąc cały nacisk na naszą coraz liczniejszą gromadkę. Jeśli planujecie zagrać w Arise, to musicie być przygotowani na ogrom dialogów/cutscenek/scenek komiksowych. Potrafią atakować nas co krok i nawet jeśli ktoś się z nimi lubi, to finalnie zostanie zamęczony. Szczególnie że nigdy nie czułem rosnącej więzi z tymi postaciami. One są dość sztampowe. Nie jest to zbrodnia, jRPGi często idą w utarte schematy, ale warto mieć na uwadze.
Tales of Arise to też ta część serii, która mocno rewolucjonizuje walkę. Ona od lat była nastawiona na akcję, ale nigdy nie tak efektowną, nie tak dynamiczną i nie tak dobrą, jak tutaj. To pewnie jeden z najbardziej kuszących aspektów całości. Najłatwiej byłoby go przyrównać do tego, co obecnie oglądamy w remake’ach Final Fantasy 7. Rdzeń stara się być slasherowy, daje do naszej dyspozycji uniki, a wsparcie w walce mają nieść arty - akcje specjalne, których ilość (dostępnych i nauczonych) rośnie wraz z rozwojem gry. Funkcjonują tu też szkodliwe dla zdrowia Alphena ataki obszarowe ogniem, czy ciosy kończące, które wywołujemy na odpowiedni sygnał. Wszystko jest efekciarskie, dynamiczne, fajne. Tak po ludzku gra się w to dobrze… do czasu. Tak jak fabuła ma swoje potężne problemy, tak i w walce brakowało twórców wyczucia na całej szerokości. Walki z bossami, to pojedynek z gąbkami na pociski. Żmudny, sztucznie wydłużony i finalnie nudny. Już pierwszy z generałów wyskakuje z liczbową wartością 19 000 punktów życia, co może przytłoczyć. Czyni to te pojedynki walkami na wyniszczenie. Czymś, z czym niekoniecznie jestem w stanie się polubić. Szczególnie przy takim pół-slasherze, który dość frywolnie podchodzi do fundamentów hit-boxowych. Bywają one bardzo dyskusyjne. Tę część wypada jednak podsumować tym, że to jest właściwa droga na przyszłość serii. Wymaga ona jednak lepszego balansu i większej pracy włożonej przez studio. Widać świetny fundament, ale to jeszcze nie jest peak, jaki mogą osiągnąć.
Sama wersja na Nintendo Switch 2 jest uzbrojona w dodatek Beyond the Dawn (wybaczcie, nie grałem) i działa bardzo przyzwoicie. Zero spadków płynności, nieprzyjemności, a jedyne cierpienie, to dość wyraźne doczytywanie się obiektów. To FOV (Field of View) jest dość ograniczone, ale to niekoniecznie świadome przycięcie na potrzeby handheldowej konsoli. Pierwsze wersja gry - w którą grałem kilka lat temu - też miała ten sam problem. Czy doskwiera? Wcale. Bardziej może was irytować to, że mapa jest zbiorem korytarzy, często będziecie oglądać loading, który musi doczytać kolejny (dość mały) teren, a dungeony w ostatnim akcie mogą przytłoczyć objętością/ilością. Tales of Arise to tytuł, który robi fenomenalne pierwsze wrażenie. Jest świetnie wykonany pod kątem artystycznych, dzieląc się na ładny cel-shading, rysowane anime, czy malownicze komiksy. Oferuje dynamiczną walkę, która nie przestanie cieszyć pomimo dość ograniczonej liczby mobów do pokonania (często pozwalali sobie na łatwe zwiększenie rozmiaru i nic poza tym). Sęk w tym, że praktycznie w każdym aspekcie przedobrzyli. Przeciągnęli fabularnie, przesadzili z bossami i wymęczyli rozmowami. Brakowało tu umiaru, bo to nie sztuka zrobić grę obszerną. Sztuka utrzymać zainteresowania gracza, gdy taką się robi.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie CENEGA Polska
Plusy:
Fantastyczny design - pod każdym kątem potrafi zachwycić
Dynamiczna walka - efektowna, przyjemna, prosta do opanowania mimo sporej ilości mechanik
Solidny port bez uszczerbku na jakości - to, co jest, było też w poprzednich wersjach
Pierwszy akt, a nawet połowa fabuły, to całkiem przyzwoita opowieść…
Minusy:
…która cierpi w późniejszej fazie przy nędznych antagonistach
Balans związany z bossami, którzy są gąbkami na uderzenia - praktycznie od początku przesadzony, z czasem jeszcze gorszy
Korytarzowość świata i seria mniejszych map może być męcząca