House of the Dead Remake

Właściciel zdjęcia: Forever Entertainment SA

Recenzja The House of the Dead: Remake na Nintendo Switch

Niezliczona ilość uśmiechu w cenie żetonu do gry na automacie. Tak wyglądało dzieciństwo fana gier w czasach zamierzchłych (smutna minka?). Oczywiście przez „żeton” mam na myśli kilkanaście żetonów usilnie wpychanych do maszyny, przy migającym odliczaniu zachęcającym do kontynuacji. Starsi to doskonale znają, młodsi coraz częściej dostają szansę poznać. Od 7 kwietnia 2022 roku posiadacze Switcha mogą zaliczyć powrót do jednego z klasyków tamtej ery – The House of the Dead. Oryginalnie wydanego na automaty przez firmę SEGA – w Japonii w 1996, rok później na całym świecie – a odświeżonego przez rodzime MegaPixel Studio i Forever Entertainment.

Krótka lekcja historii


Czasami ciężko uwierzyć jak długo gry arcade’owe bawią miliony graczy. Towarzyszyły nam, w mniejszym lub większym stopniu, przez cały ubiegły wiek. Pinball raczkował już w latach 30’, a taki Pong zaliczył spory sukces przy debiucie w 1972. Wraz z rozwojem technologii rosło zapotrzebowanie na coraz odważniejsze produkcje. Nawet pojawienie się pierwszych domowych konsol nie wyparło salonów na dobre. Do 1996 roku był to największy sektor  w elektronicznej rozrywce. 

Można powiedzieć, że Rail shootery (light gun shootery), którego reprezentanta bierzemy na tapet, swoje początki miały nawet wcześniej. Wariacje nt. strzelania do ekranu istniały już w 1912 w Wielkiej Brytanii. My jednak przyspieszamy bieg wydarzeń do renesansu tego typu produkcji (roku 1994), który przyszedł za sprawą gry Virtua Cop. Wprowadzenie 3D mocno uatrakcyjniło rozgrywkę i następne lata były tymi najbardziej owocnymi. Wtedy powstały najgłośniejsze hity. SEGA zdawała się dominować na tym polu. Chwilę po wydaniu kontynuacji swojej policyjnej strzelanki, bazując na jej silniku, japońscy producenci postawili na zombie.
czerwono
W swojej książce Nightmare Movies, Kim Newman podkreśla wpływ dalekiego wschodu na popularność tych potworów. Dziś już się nimi znudziliśmy, ale w tamtych czasach, nomen omen, odżyły. Za sprawą omawianego House of the Dead i Resident Evil wróciły do popkulturowych łask. Gdzieś w kuluarach podkreśla się wpływ „House’a” na nowe podejście do żywych trupów. To właśnie ta gra przedstawiła światu nieco szybszą ich wersję. Nie tą ślamazarną z rękoma wyprostowanymi przed sobą. Po masowych ilościach nowych dóbr sam „Dom śmierci” doczekał się ekranizacji. To jednak temat nie na dziś. A że reżyserował Uwe Boll, to najlepiej na nigdy.

Na szynach do celu


Z natury tego typu gry nie grzeszą wielowątkową fabułą. Przenosimy się do grudnia 1998 roku, gdzie swoje badania prowadzi znany genetyk Dr. Curien. W budynkach korporacji DBR zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a szef grupy badawczej wykazuje niezdrową obsesję na temat życia i śmierci. Pilnie sprowadzeni przez swoją narzeczoną Sophie, przybywamy na miejsce jako agent Thomas Rogan (w przypadku kooperacji wraz z partnerem „G”).  Mamy zbadać sprawę tajemniczych zniknięć personelu. Już na wjeździe do posiadłości jesteśmy świadkami makabry, do jakiej doprowadziły eksperymenty.  To ten rodzaj horroru, który jest tak zły, że aż (bywa) dobry. Ten, któremu bliżej do śmiechu niż strachu.
reka do gory
Przed nami z naszym dzielnym celowniczkiem stoją cztery poziomy, dość hucznie nazwane rozdziałami. Udamy się w głąb posiadłości, która skrywa w sobie tajne laboratoria. Trzeba powstrzymać szaleństwo Curiena. Namiętnie przeszkadzać nam w tym będą efekty poczynań tutejszego antagonisty. Po drodze miło by było uratować jak najwięcej desperacko walczących o życie ludzi. I choć historia jest prosta, a całość jesteśmy w stanie ukończyć w niecałą godzinę, to przejście gry bez użycia kontynuacji tak proste nie jest.

W dobie automatów poziom trudności zawsze był podkręcany na tyle, żeby maszyna najadła się godnie naszymi żetonami. Tu towarzyszy nam większy komfort, a przez ikoniczne „Continue” po prostu przeklikamy. Jednak nadmieniam, że gra nie oferuje nam ich nieskończenie wiele i po jakimś czasie może upomnieć się o swoje. Wystarczy jej do szczęścia waluta wirtualna, więc o dokarmianiu Switcha nie ma mowy, ale i finalne „Game Over” może Was nawiedzić.

Nie tylko odkurzone


Remake oferuje wybór poziomu trudności, a nawet podkręcenie wszystkiego trybem Hordy. O ile o poziomach trudności nie wypada się rozwodzić, tak ten drugi dodatek niesie ze sobą nieco odświeżenia starej formuły. Żywych trupów na ekranie jest wyraźnie więcej, a od pierwszych chwil ich ilość potrafi miło zaskoczyć. Nie ma miękkiej gry. Trzeba być szybkim, precyzyjnym, a najlepiej mieć wsparcie w lokalnym co-opie. Miłośnicy bicia rekordów dostaną nowe metody zliczania punktów, a najmniej oczywistą nowością jest… galeria. Brzmi banalnie, ale to naprawdę miła drobnostka. Pozwala skupić się na naszych adwersarzach nieco dłużej, a nie tylko przymierzyć im między oczy. Albo w inny czuły punkt. Wszystkie, wraz z opisem i modelem postaci, poznamy właśnie w tym miejscu.
pila
Dziś od oryginału potrafią rozboleć oczy, więc remake zadbał o zmniejszenie częstotliwości wizyt u okulisty. Dokładnie tak zapamiętałem ten tytuł. To ten moment, kiedy wiesz, że było inaczej, ale z biegiem lat dopisałeś sobie resztę i odpicowałeś w głowie stan faktyczny. Wypada pochwalić twórców za wierne odwzorowanie. Wiele graficznych niedoskonałości wpisuje się w specyfikę konsoli, innych pewnie dało się uniknąć. Na wszelkie rozmycia przy strzępkach włosów zombiaka nie zwracam uwagi. Nie bądźmy przesadnie wrażliwi. Kiedy w ostatniej walce leci w moim kierunku jakaś pomarańczowa, praktycznie pozbawiona detali kulka, to już podoba mi się to nieco mniej. Prawie tak samo, jak okazjonalne spadki płynności. Nie rzutowały na odbiorze gry, zombie i tak dostał za swoje, ale gorzki posmak pozostał.
beczki

Joy-Conem między oczy


Nie jest częstą praktyką, że to Switch ma pierwszeństwo w nowych tytułach. Na pozostałe porty nie trzeba było czekać długo (wyszły pod koniec kwietnia), ale miło czasami być tym pierwszym. Domyślam się, że powód takiego stanu rzeczy jest jeden. Konsola ze swoim natywnym sterowaniem staje się idealną imitacją doświadczenia sprzed lat. Może to nie pistolet, a joy-con, ale feeling udało się przenieść. Celowanie żyroskopem nie jest moim docelowym, niemniej trudno go nie sprawdzić przy takim tytule. Doświadczenie uważam za przyjemne, poza tym, jak kiepsko sobie z nim radzę. Wypada powiedzieć, że twórcy nieświadomie dorzucili mi kolejny poziom trudności na ewentualne powtórki z rozrywki.
filary

28 akapitów później…


Osobiście nie mam nic przeciwko temu, że nowości zaburzających oryginalny koncept nie ma. Można spotkać się z licznymi narzekaniami, ale to jest nasz wehikuł czasu. Ma nam oddać tamto doświadczenie. I oddało. Czerpałem sporo przyjemności z eksterminacji, jakkolwiek uboga by ona z tyłu mojej głowy nie była. Czasy się zmieniają, a choć kultowy, House of the Dead nie jest ponadczasowy. Dla młodszych pozostanie ciekawostką. Doceniam takie inicjatywy i z chęcią się się podejmę kolejnych przenosin do lat młodości. Wychodzę ze świadomością, że nie było większego sensu, ale wciąż z delikatnym uśmiechem.

Dziękujemy firmie Forever Entertainment za dostarczenie gry do recenzji.


Plusy:

Thumb Up

Miłe, kosmetyczne dodatki

Thumb Up

Nostalgia. To dalej to samo House of the Dead


Minusy:

Thumb Down

… To dalej to samo House of the Dead

Thumb Down

Sporadyczne spadki płynności i niedociągnięcia graficzne

6.5 / 10

Nasza ocena

Awatar

Niko Włodek



Komentarze (0)

Zaloguj się lub zarejestruj aby dodać komentarz