Fire Emblem Engage

Właściciel zdjęcia: Intelligent Systems / Nintendo

Recenzja Fire Emblem Engage na Nintendo Switch

Jeśli mowa o najlepszych grach na Switcha, to Fire Emblem Three Houses na pewno bierze udział w wyścigu. Rozbudowana kampania, która zachęcała do ponownego przejścia poprzez wybór innego domu. Klarowne taktyczne zasady, które nie odstraszają nawet tych raczkujących w gatunku. Osadzenie całości w szkolnych klimatach, gdzie trudno było nie zżyć się ze swoimi uczniami…

Można wymieniać, ale albo już to wiecie, albo powinniście szybko nadrobić. Kolejna część popularnej serii miała przed sobą ogromne wyzwanie. Nawiąże jakością do poprzednika, czy pozostawi wszystkich z lekkim niesmakiem? Fire Emblem Engage dostępne jest na Nintendo Switch od 20 stycznia 2023 roku.


Koniec szkoły!


Nie bez przyczyny nawiązałem do Three Houses. Porównań obie gry nie unikną, a i sam mam zamiar często wracać, nakreślając zmiany, jakich dopuścili się twórcy. Tą najbardziej znaczącą dla większości może być brak szkoły, która stanowiła naszą bazę między misjami i generowała przyjaźnie pomiędzy bohaterami.

Choć nie byłem jej fanem poprzednio (pewnie jako jeden z nielicznych), to trzeba przyznać, że została świetnie wprowadzona w życie i nie ciążyła tym, którzy chcieli ten aspekt zminimalizować. Na pewno niosła ze sobą większą więź z naszymi podwładnymi na polu walki. Czuć było, że faktycznie wychowują się pod naszym skrzydłem. 

W Engage szkoła została zastąpiona Somniel. Królestwem, w którym rządzi matka naszego głównego bohatera. I choć tu też jest sporo aktywności do zaliczenia, to nie jest to aspekt tak kluczowy dla całości, jak to było poprzednio. Nawiązywanie relacji zostało mocno spłycone, a trening uproszczony. Mi taki stan rzeczy absolutnie nie przeszkadza, ale trudno negować, że zestaw postaci na tym ucierpiał. Większość nie może liczyć na żadną podbudowę, a więc ich strata na polu walki nie boli jakoś szczególnie - mięso armatnie? Żal największy, że nie można podkraść konkurencji jakiegoś obiecującego ucznia.
Somniel
Rykoszetem obrywa fabuła. Skoro mówimy o gorszym zestawie postaci, to i ich przygoda generuje mniejsze emocje. Zaczynamy od przebudzenia naszego protagonisty z długiego snu. Pozbawionego pamięci herosa, który dawno temu wygrał wojnę o pokój. Po tysiącu lat (można mu było poleżeć, bo imię jego Boski Smok) wszystko wskazuje na powtórkę z rozrywki. Wszak wraz z nimi budzi się wielkie zło sprzed lat. Oprócz możnych okolicznych państw, w walce pomogą nam pierścienie, które skrywają bohaterów poprzednich odsłon serii - o nich więcej później.

Brzmi oklepanie i w dużej mierze tak właśnie jest. Nic, co prosi się o skipowanie, bo filmiki wyglądają bardzo atrakcyjnie, dialogi są w porządku, a i nasz bohater dostał głos. Byleth z Trzech Domów był niemową, więc miło, że tu mam do czynienia z kimś więcej niż marionetką. A to, że jego charakter nie do końca mi leży, zeszło szybko na dalszy plan.

To wszystko sprawia, że Engage jest grą o wiele bardziej liniową. Kolejne rozdziały rozpoczniemy, przemierzając mapę świata. Dostępne są misje główne, misje poboczne, w których rekrutujemy nowych towarzyszy broni, czy pojedyncze bitwy o podstawowe zasoby i zawsze potrzebne punkty doświadczenia. Jeśli ktoś miał styczność z Fire Emblemami przed mocno innowacyjnym Three Houses, to poczuje się jak w domu. Przecież tu głównie chodzi o taktykę!




Papier, nożyce, kamień


Do gry wraca system zależności na polu bitwy. Swoisty trójkąt broni. Pierwsza jest mocniejsza w starciu z drugą, druga z trzecią, a trzecia z pierwszą. Jeśli użyjemy odpowiedniej na przeciwniku, to pozbawimy go możliwości skontrowania naszego ciosu. Prosty schemat, który wymusza od nas nieco bardziej uważne działanie w walce.

Z całym szacunkiem do Three Houses, nie był on jakąś wyjątkowo trudną grą taktyczną. Można się zastanawiać, czy nie było tak właśnie z ograniczenia tego klasycznego motywu serii. Tu czułem, że poziom trudności poszedł w górę, a zbyt odważna (bezmyślna) szarża w szeregi wroga, najpewniej zakończy byt postaci w grze. Oczywiście permadeath (czyt. “a kto umarł, ten nie żyje”) można wyłączyć i ułatwić sobie przygodę (polegli wracają w nasze szeregi), ale zalecanym trybem w Fire Emblemach jest właśnie pilnowanie jednostek na każdym kroku.
zima
Nowością są pierścienie, którymi obdarowujemy swoich podwładnych. To one stanowią lwią część zabawy. Kluczowe dobro w wątku fabularnym i ważny element naszych taktycznych podbojów. W praktyce wygląda to następująco. Każdy z dwunastu pierścieni odpowiada jednemu bohaterowi poprzednich Fire Emblemów (w większości takich, które nie dostały premiery na zachodzie i ich nie znamy ;) ).

Mają oni swoją potężną broń i atrybuty. W każdym momencie bitwy właściciel pierścienia może doprowadzić do fuzji (tytułowe Engage), która boostuje naszą postać. Taka ewolucja trwa trzy tury, a każde kolejne użycie musi być poprzedzone zapełnieniem paska energii. Im dłużej pierścień jest w posiadaniu bohatera, tym większa więź nawiązuje się między nimi. Tę możemy wykorzystać, nabywając pasywne umiejętności z pierścienia i przypisanie ich na stałe swojemu wojakowi.

Oprócz głównych pierścieni, za “walutę przyjaźni” (zdobywaną przez achievmenty czy budowanie relacji między bohaterami) kupujemy pomniejsze pierścienie, które nie niosą ze sobą moce łączenia, ale delikatnie zwiększają statystyki postaci. Każda może posiadać tylko jeden w danym momencie, więc żeby tym mniej ważnym w naszej armii nie było smutno, mogą się pocieszyć +2 do siły.
walka

Pacjent zdrowy


Ulubiona część wszystkich hejterów tym razem ich nie nakarmi. Switch wyszedł obronną ręką. Problemów natury technicznej nie doświadczyłem, a wszystko chodzi tak samo płynnie, jak to miało miejsce 4 lata temu przy Three Houses. Oczywiście pojawiały się głosy niezadowolenia ze stylu artystycznego, jaki obrali twórcy, ale to już osobny temat. Z wyglądem protagonisty szybko się oswoiłem. Z czasem zaczął mi się nawet podobać bardziej od poprzednika.

Zdecydowanie odmienne odczucia miałem przy ekipie, w której postawiono na bardzo młodociane towarzystwo. Część jakby wyrwana z anime dla nastolatek. I nie mówię tego z niechęci, bo jestem w stanie przełknąć taki design, ale umówmy się, że gdybym miał iść na wojnę, to na pewno nie z nimi. Trochę więcej mroku by nie zaszkodziło tutejszej atmosferze. Wierci mi to dziurę w brzuchu, tylko jak o tym pomyślę. W trakcie rozgrywki nie ciąży, bo byłem zbyt zajęty wydawaniem odpowiednich poleceń i cieszeniem oczu z wygranych bez strat w ludziach.
planowanie
Po zwycięstwie możemy pozwiedzać pole bitwy, jednak brzmi to zachęcająco jedynie na papierze. To dość nudna sekwencja zbierania surowców i krótkich pogawędek z ekipą. Nawet adoptowanie zwierzaków nie uatrakcyjniło mi tego elementu. Miłe, sympatyczne, ale niewiele mi po nim. Nic by się nie stało, gdybym od razu dostał podsumowanie rozdziału w formie cut-scenki i wycofał do bazy wypadowej, gdzie de facto też biegam, gadam, zbieram surowce, ale i dokonuje niezbędnym udoskonaleń.

Sorry


W dużej mierze moje ewentualne narzekania biorą się z niezwykłej sympatii do poprzedniej odsłony. A to nie jest tak, że Engage jest na każdym kroku gorsze. Ba, na tym najważniejszym polu taktycznym wydaje mi się zwyczajnie ciekawsze. Poruszanie postaci jest bardziej swobodne. Wciąż oparte na kafelkach, ale zamiast nakreślania linii, biegamy po polach swobodnie, przymierzając się do działania. Graficznie jest przejrzyście, a już od dawna wiadomo, że taka stylistyka leży Switchowi i radzi sobie z nią bez chrząkania.
widok z góry
To kolejny świetny tytuł na Switcha, od którego się totalnie uzależniłem (istnieje większy komplement dla gry?). Odkąd trafił w moje ręce, nie było potrzeb zmiany cartridge’a. Jedyny żal mam do (czasami) leniwego designu postaci i banalnego prowadzenia fabuły.

Jest tu mały nadużywany absurd, kiedy to pokonani generałowie notorycznie uciekają z pola bitwy. Po mojej stronie permadeath, a u nich biała flaga i spotkanie za kilka rozdziałów. Dało się to rozwiązać lepiej, a już na pewno nie wałkować  tego przy każdej ważniejszej postaci w szeregach wroga. Wszystkie inne mniejsze zgrzyty wynikają z lśniącego starszego brata. To jednak nie powód, żeby traktować małolata protekcjonalnie.

 
Dziękujemy  ConQuest entertainment  za dostarczenie gry do recenzji.


Plusy:

Thumb Up

Uzależniające taktyczne bitwy

Thumb Up

Pierścienie okazały się udanym skokiem w bok dla serii

Thumb Up

Wygląda i działa bardzo dobrze


Minusy:

Thumb Down

Odczuwalne lenistwo w designie postaci i prowadzeniu fabuły

9 / 10

Nasza ocena

Awatar

Niko Włodek



Komentarze (0)

Zaloguj się lub zarejestruj aby dodać komentarz