Moja beat’em upowa miłość podchodzi pod masochizm. Jak nie obije kilku pikseli, to najwyraźniej będę chorował. Dowiaduje się takich rzeczy o sobie w chwilach jak ta. Rok temu, w sierpniu, grałem w bardzo niszową bijatykę, która tak mocno i wygodnie oparła się na nostalgii, że pozostawiła po sobie wrażenie topornej i nijakiej. Dziś, gdy ta sama gra szykuje się do premiery na Nintendo Switch, musiałem wrócić… jakbym miał jakąś złudną nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Fallen City Brawl to gra wydana przez EastAsiaSoft, która zabiera nas w podróż do ery automatów, gdzie proste combosy mierzone w gang rywali budziły wielkie uznanie. Fabularnie (...) to oczywiście obraz kryminalnego półświatka, gdzie czterech nieznajomych łączy siły, by odzyskać panowanie nad ulicami. Innymi słowy - idź i bij, a nie będziesz pytał dlaczego.
W zestawie czterech postaci dostaniemy klasyczny zestaw szybkiej zwinnej, dużej silnego i dwóch bardziej uniwersalnych gości. Każde ze swoim specjalem, który ma za zadanie wyczyścić planszę z pałętających się oponentów. Gra, jak już wspomniałem, nawiązuje do klasyki gatunku z przełomu lat 80 i 90, jakby kolejne lata nigdy nie istniały. Nie jest to więc produkt na miarę Streets of Rage 4, Turtles Shredder’s Revenge, ale i nie dorasta do pięt tym mniejszym, jak Mayhem Brawlers czy Jitsu Squad. To bardzo fundamentalna rozgrywka stworzona przez pasjonatów. Ma toporne animacje, drewniane sterowanie, a braki w ciekawych pomysłach nadrabia… w zasadzie to niczym nie nadrabia. Dostaniesz 7 plansz, które może i będą oferowały pewną formę stylistycznej różnorodności, ale wszystko będzie przygniecione pod kiepskimi decyzjami designowymi. Inna sprawa, że jak już zobaczysz pierwszy ekran danego etapu, to będziesz scrollował przez kolejne, łudząco podobne - także różnorodność pomiędzy jednym a drugim tak, ale już wewnątrz jednego konkretnego levela nie dzieje się nic!
Absolutnie niezrozumiała dla mnie jest też potrzeba punktowego obrazowania wartości naszych uderzeń. Wyglądało to paskudnie rok temu i wygląda paskudnie dzisiaj. Mam (może złudne) wrażenie, że nieco zmniejszyli ich (zbędnie świecącą się!) czcionkę, poprawiając to zapaskudzenie ekranu, ale szkoda, że nie doszła ich informacja, by usunąć je całkowicie. To rzecz totalnie zbędna i niezwykle psująca odbiór. Podobnie zresztą wygląda odpalanie wspomnianego ultimate ataku (screen wyżej), który nie dość, że objawia przed nami bardzo przejaskrawioną/brzydką/TANIĄ kolorystykę, która napędzana jest fruwającymi diamentami (bo najwyraźniej nie czuli krępacji przy tych głupich decyzjach projektowych), to na domiar złego wcale nie jest takim wielkim ultimate, który miałby uratować naszą sytuację - jego znaczenie bym podkręcił.
Jak to wygląda?!
Cała reszta to łapanie wszystkiego, co pod ręką, jak i strzelanie z broni palnej, którą akurat uważam za miły dodatek. Czy jest sens się bawić w Fallen City Brawl? Nie, jeśli nie masz ukończonego Street of Rage 4, nie znasz The Takeover, czy pominąłeś równie mocno “automatowe” i nostalgiczne, ale znacznie lepsze, Final Vendetta. Oczywiście fani gatunku znajdą jeszcze gorsze parchy, które chociażby ukryły się pod postacią brutalnego klauna z filmów, ale to już ranking na inny dzień.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Niech będzie, że postacie
Niech będzie, że nostalgia
Broń palna to zawsze miły dodatek w takiej ulicznej wojnie
Minusy:
Toporne animacje
Brak własnej tożsamości
Powtarzalność lokacji w obrębie jednego poziomu - nie oczekuje wiele, ale tu nie dzieje się absolutnie nic
Szpecące obraz wartości obrażeń i wtórujący im w tej materii atak specjalny - nie bardzo rozumiem, czemu ktoś postanowił tak skrzywdzić swoje “dziecko”