Recenzja* Digimon Story Time Stranger na Nintendo Switch 2
Digimony zna każdy, choć większość pewnie przez wgląd na zdecydowanie popularniejsze kuzynostwo. Podobnie do Pokemonów tu również zbieramy potwory, które później służą nam do walki. Nie łapiemy ich w żadne Pokeballe(Nintendo by zabroniło ;) ), a całość ma bardziej zdigitalizowaną formę. I o ile nie grozi im nigdy doścignięcie Pikachu i spółki, to w świecie gamingu można wykorzystać opieszałość GameFreak i wieczne wygładzanie graficzne, czy systemową stagnację. Od zeszłego roku wiedziałem już, że Digimon Story Time Stranger jest wzorem dla przyszłych gier o łapaniu stworków. Marzeniem, że GameFreak poczuje presję i zrewolucjonizuje swoją popularniejszą markę. Gra to klasyczne jRPG z podróżą w czasie na pierwszym planie. Zaczynamy od apokaliptycznej wizji świata, która następnie cofa nas 8 lat, byśmy mogli wszystkiemu zapobiec. Nic przesadnie wyszukanego, czy specjalnie ciekawego, ale w porównaniu do Poków to i tak dzieło sztuki. Z gameplayowego punktu widzenia zakłada to sporo rozmów (jest angielski voice-acting!), biegania, walk i dungeonów. System walki jest turowy i podobnie do wszystkich tego typu gier kręci się wokół mechaniki papier-nożyce-kamień. Tej, która podkreśla słabości wobec innej kategorii i podpowiada nam wymianę Digimona na kogoś lepiej przystosowanego. Jest on wzbogacony o poboczne elementy, jak wpływ bardziej klasycznych żywiołów, co miewa drugorzędne znaczenie, jeśli nie mówimy o boss fightach. Ta "komplikacja" jest nam zadośćuczyniona za sprawą w pełni darmowej możliwości użycia itema, czy podmiany stworka - nie tracimy na to tury, jak to ma miejsce w Pokemonach. Cieszy na pewno, że nie ma tu losowych starć, a wszyscy przeciwnicy są widoczni na ekranie/podczas dungeona, a nawet można ich ubić przed wejściem na turowe pole, jeśli mamy wyraźnie większy level - motyw coraz częściej spotykany w jRPGach, który bardzo sobie cenię (usprawnia ewentualny grind). Dopiszcie do tego dodawanie im zebranych na mapie ataków (jako forma indywidualizacji jakiegoś ulubieńca i nieograniczania go do konkretnego żywiołu), inne formy specjalnych boostów, a mniej więcej macie obraz tego elementu gry. Digimony pozyskujemy z cyfrowego katalogu, który pozwala nam wygenerować te wcześniej pokonane. Im więcej będziecie pokonywać danego potwora, tym szybciej osiągnie on 100% próg znajomości (jest też 200%, co przy oczekiwaniu zwiększy jego statystyki) i pozwoli nam wytworzyć takiego chowańca. Jest to system bardzo dynamicznie wpływający na naszą ekipę, nadający wszystkiemu szaleńczego wręcz tempa (wszystkie chowańce mają ewolucje, jak i deewolucje, jeśli chcemy wytyczyć im inną ścieżkę rozwoju), ale ma też w moim odczuciu dość odczuwalną drugą stronę ostrza. W przeciwieństwie do Pokemonów, a to problem dla takiej gry, nigdy nie czułem przesadnej więzi z danym potworkiem. One nigdy nie niosą tego samego, co Pokemony. Tam dbałeś, czekałeś na ewolucję, trenowałeś. Tu rozwijają się wszystkie, niezależnie, czy siedzą w stashu, czy walczyły, a pewna prostota systemu ewolucji (wybieranie z listy, w co ma się rozwinąć) zabierała mi tę, bądź co bądź ekscytację, jaką serwuje konkurencja. Zwyczajnie lepiej mi się pielęgnowało ekipę w Pokemonach, niż patrzyło jak rozwija się ona tutaj - choć oczywiście znajomość materiału źródłowego, gdzie podkreślam, że o Digimonach nie wiem nic, mogła mieć na to swój wpływ. I to pomimo tego, że tu ta więź jest nam niejako narzucona przez rozmowy z podopiecznymi (które mają kształtować ich charakter i przyszłe ewolucje), czy Digifarmę, gdzie przechodzą one szkolenie poza naszym plecakiem (szybko liczba stworków wykroczy poza dopuszczalny limit, bo kreowanie nowych jest tak łatwe). Największy problem miałem tu z eksploracją, która jest daleka od ideału. Grafika tej gry ma swoją cenę, a ceną jest segmentacja mapy. Zapomnijcie o swobodzie w dungeonach, bo tutaj to korytarze z bardzo sporadycznymi odnogami. Jeszcze gorzej wygląda bieganie po Tokyo, bo choć odtworzyli znane miejsca, to podobnie do serii Persona to taka ładna wydmuszka, która bardzo szybko męczy swoją strukturą. Wychodzisz na dany segment i po kilku sekundach (!) przechodzisz do następnego - loading. Kolejny to krótka prosta, gdzie znów przeskakujesz do sąsiedniego - loading. Jesteś na Shinjuku i musisz wejść do przejścia metra. Za kilkanaście sekund znów spotka Cię loading. I ok, te loadingi na Switch 2 są bardzo krótkie, a i sama gra działa tu bardzo dobrze (w trybie Wydajności, bo Jakość potrafi postraszyć spadkami klatek), ale szybko zaczęło to męczyć. Świat przedstawiony, poza tym, że odtworzyli Tokyo, jest tu po prostu słabiutki. Pozbawiony większej kreatywności, czy ciekawości po stronie gracza - w dalszej porcji gry jest lepiej, ale nigdy w pełni dobrze. Monotonne ruiny, tunele, praktycznie czasy wczesnych Shin Megami Tensei. Nie ma, co się przesadnie rozwodzić (nadmienię, że gry nie skończyłem, więc miejcie do na uwadze) - to klasyczny jRPG, gdzie sympatia do Digimonów będzie bardzo pomocna. W innym wypadku ta gra może nie mieć w swoim repertuarze niczego ekstra - szczególnie że dość haniebnie blokowany jest tu rozwój Digimonów za progresem fabuły (żebyś nigdy nie mógł ich za mocno podlevelować). Na pewno jest to coś, do czego Pokemony powinny nawiązać pod kątem graficznym, ale już systemowo, czy konstrukcyjnie niekoniecznie mają czym się przejmować. Solidna gra - Tak. Rewolucja? Niekoniecznie.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie CENEGA Polska
Plusy:
Grafika - bo to wyraźny skok jakości względem konkurencji
Walka - przez sporą ilość zależności
Przystępność - zauważalna w wielu aspektach, jak wybijanie słabszych wrogów z poziomu mapy, czy darmowa opcja skorzystania z itema lub wymiany
Fabuła - choć nic przesadnie zjawiskowego, to na swoim poletku się wyróżnia, a pełny voice-acting to na pewno krok w kierunku którego należy iść (mówią tu wszyscy poza główną postacią)
Minusy:
Wszystkie procesy ewolucji, jak i samej kreacji mocno burzą mi ewentualną więź z chowańcem - tu Pokemony czy Shin Megami Tensei radzą sobie o niebo lepiej
Eksploracja - tak przez podział mapy na bardzo małe segmenty, czy szalenie nudne dungeony