W czasach, gdy slashery miały się dobrze, a często nawet to bezmózgie siekanie przeciwników znajdowało swoich odbiorców, funkcjonowało kilka zasłużonych serii. Ninja Gaiden, który stawiał wymagania i bardzo udanie odnalazł się w środowisku 3D, God of War, który urzekał (i cieszył!) brutalnością oraz Devil May Cry, który podkreślał znaczenie stylu i miał charyzmatycznego protagonistę. Pomysł na ten ostatni zrodził się przy próbach stworzenia kontynuacji Resident Evil 2 i adaptując tamtejsze tank controls, zaczęto efektownie wybijać wszelkiej maści demony zamiast przed nimi uciekać. W ciągu 18 lat seria ta zebrała 5 odsłon z jednym niechlubnym skokiem w bok. Do tej pory ostatnim rozdziałem historii Dantego i jego brata Vergila jest właśnie DMC5 (rok 2019), które z kilkuletnim poślizgiem korzysta z gościnności Nintendo Switch 2. Niestety, wszyscy narracyjni puryści skazani na sprzęt Nintendo mogą czuć poważną wyrwę, bo DMC4 nigdy nie odnalazło drogi na sprzęt tej firmy, co miejmy nadzieję zostanie nadrobione (DMC 1 do 3 macie na NSW1 - jest nawet japońska wersja pudełkowa, ale na cartridge’u jest tylko część pierwsza, a 2 i 3 są w formie cyfrowego kodu przeznaczonego na tamtejszy rynek). To tam powoli przyzwyczajano nas do zmian. Odstąpienia z roli lidera Dante na rzecz młodszego Nero. Taką zmianę badał później ten odprysk zwany zwyczajnie DmC (rok 2013), który chciał restartować serię, ale zakończył swój żywot na jednej części - ludzie nie mogli znieść nowej wersji Dante, bo cały jego wizerunek (tam zmieniony) stał się ikoniczny z biegiem lat.
Tu lądujemy pośrodku katastrofy spowodowanej przez demonicznego króla Urizena. Ziemia zaatakowana jest przez piekielne korzenie, a całe istnienie planety stoi pod znakiem zapytania. Z Urizenem spotkamy się już na pierwszych metrach gry, szybko zdając sobie sprawę, że zarówno Nero, jak i Dante, nie są w stanie sobie z nim poradzić. Sposób, w jaki tego dokonają i tożsamość samego demona, to rdzeń całej opowieści, która przy okazji poszerzy nam wiedzę o samym Nero i nieco uprawomocni jego istnienie w tej serii. Sama historia, choć nie odbiega zbyt mocno od sztampowego ratowania świata, jest całkiem przyzwoita. Jeśli ktoś śledził wątki serii, to powinien być zadowolony z nawiązań, easter eggów, czy jakiegoś w miarę logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego - oczywiście z zastrzeżeniem, że to historia o potomkach wielkiego demona, gdzie wiele ustępstw jest wpisanych w koszta.
W grze dostaniemy możliwość kontroli wspomnianymi Nero, Dante, jak i całkowicie nową postacią tajemniczego V, który jak każde novum w DMC stał się obiektem sporych narzekań fanów - nawet większych niż Nero w DMC4. V to szczupła, oczytana jednostka, która niekoniecznie skora jest do zdradzania swojej prawdziwej tożsamości (równie ważnej dla całej fabuły). Wynajmuje on Dante, by pokonał Urizena, bo i niejako czuje się odpowiedzialny za jego przybycie.
Narzekania na niego związane są z całkowicie nowym systemem walki. DMC od zawsze cechował się stylem. To gra, która ocenia każdą naszą potyczkę, by finalnie wystawić nam notę za całą misję. Z natury ma nam dać ogrom możliwości na polu bitwy, która tylko poszerzana jest po wykupieniu kolejnych umiejętności z poziomu menu. I tak Dante to klasyczne DMC. Zdecydowanie najlepsze, najszybsze i najpewniej też najsilniejsze. To trochę OP postać, która szybko przywoła wspomnienia i zostawi daleko w tyle dwójkę pozostałych. Wraz z rozwojem gry zdobywasz kolejne bronie, między którymi szybko możesz się przełączać w trakcie batalii, a sama rozgrywka to symfonia zniszczenia. Demony padają szybko, nigdy nie przestaje być efektownie, a dodatki pokroju motoru, który dzieli się na podwójny miecz, to typowe dla serii efekciarstwo w najczystszej postaci. Niedaleko od tej jabłoni pada Nero. Z racji utraconej ręki ma on wymienne mechaniczne odpowiedniki o różnych działaniach. To czyni jego walkę niewiele mniej efektowną i dynamiczną. Ciosy może ważą nieco mniej, ale mnogość produkowanych przez jego przyjaciółkę protez powinna utrzymać satysfakcję odbiorcy - choć samej Nico nie polubiłem nigdy i czasu ekranowego ma tu stanowczo za dużo (szczególnie że pozostałe kobiety ważne dla serii, jak Lady i Trish, są zepchnięte na czterdziesty plan!) Młodszy łowca demonów ma jeszcze świetne urządzenie w postaci linki z hakiem, którą przyciąga do siebie przeciwników, co daje sporo możliwości w ściganiu rangi S i wyżej.
V stoi jednak po przeciwnej stronie barykady. Potencjalnie najłatwiejszej do wbicia wysokiej rangi, ale zdecydowanie najmniej pasjonującej. On sam… w ogóle nie bierze udziału w pojedynku. O ile z początku ma to swój urok i stanowi fajną odskocznię, tak pod koniec gry, gdy już występuje on w nieco słabszej odsłonie, to jest odpowiedzialny za jedną ze słabszych misji w ogóle - a i kierowanie nim w nieco dłuższym rozdziale zaczyna rodzić znudzenie (jest jeden z demonicznymi tunelami, który się niemiłosiernie dłużył). Walczy on przy pomocy swoich zwierzęcych pomocników - orła, pantery i golema. Gdy Ci osłabiają przeciwnika dostatecznie mocno, to my tylko podpinamy się na ostateczne uderzenie, które odsyła potwora w zaświaty. Ułatwia to osiągnięcie rangi, bo ta spada, gdy otrzymamy obrażenia. Walcząc jako V, na dystans, znacznie trudniej oberwać. Czy to totalnie zło DMC5? Nie, ale powinno być ograniczone jeszcze mocniej. Jego istnienie zaburza tempo gry, a to z nim DMC5 ma największy problem. Pacing kuleje. Tak po prostu. Nie jest to chlubna cecha żadnego slashera (czy gry w ogóle), a tu daje się we znaki z racji sporej stagnacji w projektach poziomów. To, że są to tylko korytarze, bo z zagadek seria zrezygnowała całkowicie, to oczywiste. Jednak jeśli te korytarze zaczną występować w obrębie tego samego designu i ciągłych demonicznych wariacji tego drzewa, to mamy problem. To nie jest tak, że te lokacje są złe same w sobie, ale one powinny się ograniczyć do jednego, czy maksymalnie dwóch rozdziałów z rzędu. Jeśli ciągniemy je ze sobą przez znacznie więcej, to rodzą się problemy, dłużyzny, a gra przeradza się w coś, co lepiej przyjmować w krótszych sesjach.
Ogólnie DMC traci na odsuwaniu Dante. Sam Nero jest mocno zbliżony charakterem, ale nie jest tak samo dokuczliwy, błyskotliwy czy… fajny. Każda cutscenka z Dante, to ciekawość odbiorcy. Każda z pozostałymi postaciami, to żmudny obowiązek. Zawsze lubiłem te pogadanki z bossami, które mocno wybrzmiewały w DMC3 czy DMC4, a tu miałem tego trochę za mało. Wiadomo, że Dante spotkał się ze starym znajomym, Nero miał całkiem niezłą wymianę z jednym z początkowych bossów (screen wyżej), ale z perspektywy czasu to na tym moja wyliczanka się chyba kończy. To nie poziom wielu scenek ze wciąż najlepszego DMC3. Co gorsza, to też nie jest poziom DMC4, które przecież żadną perłą w koronie nie było. Piątka to wciąż solidny reprezentant wymarłego gatunku, ale z problemami. I mam wrażenie, że to często problemy na własne życzenie. Poszukiwanie zmian w miejscach, gdzie nie powinno się ich szukać, bo przecież sam gameplay, style walki i ich dynamika, trzymają bardzo przyzwoity poziom. To otoczka stanowi największe problemy DMC5. Jakby CAPCOM starał się cały czas rozwiązać problem, który sam sobie tworzy. Po skończeniu można/wypada mieć nadzieję na dalszy rozwój wydarzeń, ale tam znów trzeba będzie się kajać przed swoim liderem. Bez niego diabeł nigdy nie zapłacze.
PS: Wiem, że zabrakło tu wzmianki o porcie na Nintendo Switch 2, ale z racji, że to 7 letnia gra, to też oczekuję od niej poprawnego działania. Takie też dostałem. 60 fpsów, zgrzytów zero, crashy wcale.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie CAPCOM Polska
Plusy:
Różnorodność stylów walki, bo każdy z trójki oferuje coś innego - wciąż jest dynamicznie (no… poza V), a kombinacje cieszą jak cieszyły dawniej
Fabuła jest w porządku - trzyma jakiś ciąg wydarzeń, poszerza wiedzę o postaciach, a w obrębie utartego ratowania świata nie oczekuje wiele więcej
Dante - ilekroć staraliby się odsunąć go w cień lub zmienić, to on w dużej mierze stoi za sukcesem serii. Tu starszy, ale wciąż bardzo dobry
Minusy:
Tempo produkcji kuleje - głównie za sprawą jednakowego designu poziomów, który zaczyna męczyć na dłuższym dystansie
Nie V, a Nico mnie irytowała najmocniej - to też dowód, że te nowe dodatki do serii mają spore problemy się odnaleźć w tym świecie
Bossowie mogliby dać się lepiej zapamiętać - tragedii nie ma, ale wspominać nikt ich nie będzie (a ostatnia walka/misja jest po prostu kiepska)