To historia czystego zła. Giga Super Death, demon nad demonami, był o krok od zabicia Boga, kiedy nagle został zmieniony w bezradne dziecko. Przepełniony nikczemnością i nieustannym parciem na dominację, przygotowuje on plan powrotu do swojej dawnej formy, który zakłada wykorzystanie chłopaka o równie dużej nienawiści do świata. Demon’s Night Fever to… napisałbym taktyczna gra z gatunku tRPG/sRPG, jakim jest Fire Emblem, czy Final Fantasy Tactics, ale tu sprawa jest zdecydowanie bardziej złożona. Powierzchownie dostajesz kafelki, po których poruszają się postacie, a wszystko odbywa się w turach, ale jeśli to są Twoje główne potrzeby, to czeka Cię wielkie zaskoczenie. Gra, co częste przy Azjatyckich produkcjach, bardzo mocno romansuje ze swoją visual novelkową/tekstową wartstwą, co daje dość niezdrowy balans pomiędzy surowym zarządzaniem a faktycznymi walkami na popularnym gridzie.
Ostatnio chwile czasu poświęciłem na Qliphah in Providence’s Shadow, które bez wątpienia było grą dziwną. Czymś nietypowym, co trudno sklasyfikować i jednocześnie bardzo trudno polubić. Demon’s Night Fever to dokładnie ten sam “typ”. Każdy rozdział zakłada 30-dniowe przygotowanie na walkę z bossem (możesz to zrobić wcześniej, jeśli uzbierasz wystarczającą ilość “złych uczynków” obrazowanych punktowo). Każdy dzień to jedna akcja z Twojej strony, którą może być plądrowanie, porwanie, kradzież i inne nikczemne ruchy. Nikczemnością wykażą się jednak również deweloperzy, bo wszystkie te akcje, to zestaw tych samych obrazków, które w sposób przerażająco suchy prowadzą wyłącznie do efektu naszych działań - czyli szybkiego podsumowania, co zyskałeś. Może to być rekrutacja jednostek, kradzież przedmiotów i inne rzeczy związane stricte z szeroko pojętym zarządzaniem naszym już koto-demonem i jego posłusznym człowiekiem. W efekcie nieustannie PRZEKLIKUJESZ się przez konkretne pola, aby dostąpić zaszczytu walki - tu nie tylko z bossem, ale i po osiągnięciu innych progów w drodze do niego (powiedzmy, że to walki przygotowawcze). Zanim jednak otworzysz szampana i nacieszysz się, że dokładnie na to czekałeś, to tu może dojść kolejne zdziwienie. Walka nie wygląda tu tak, jak w innych reprezentantach gatunku. Masz kontrole wyłącznie nad swoim bohaterem, a całe Twoje wojsko kierowane jest przez AI (z Twoimi lakonicznymi poleceniami, jeśli poświęcisz na to swoje punkty akcji). Patent kręci się wokół tego, że samemu nie zadajesz obrażeń wrogim jednostkom. Masz jednak możliwość zabijania swoich ludzi, co wywołuje jakiś efekt wymierzony we wroga - tu już różny dla danej jednostki. Polega to więc głównie na odpowiednim pozycjonowaniu swoich ludzi, gdy, przypomnę, nie masz nad nimi kontroli. I tu spokojnie, mapy są małe, więc nie brzmi to, jak jakaś niezwykle trudna zagwozdka… choć nigdy nie stanie się czymś przesadnie ciekawym. Twoja postać posiada 100 punktów akcji, które musisz zmaksymalizować w swojej turze. Poświęcasz je na ruch, zabijanie swoich peonów, przywoływanie kolejnych, jeśli mięsa armatniego zaczyna brakować, czy np. na bardzo przydatny teleport, mogący zamienić cię miejscami ze swoim podnóżkiem. To element, który bardzo łatwo spożytkować w trakcie rywalizacji, o czym zresztą gra nie pozwoli ci zapomnieć, bo w myśl Azjatyckich produkcji, to trzymanie za rękę trwa tu zdecydowanie za długo. Kliknij tu, kliknij tam, zobacz efekt. Parsknąłem lekko śmiechem, gdy po tutorialu dotyczącym walki, dostałem tutorial dotyczący praktycznie tych samych mechanik, ale inną, tym razem tą ludzką, postacią. Nie wiem, czy to miał być element żartu, ale ja to bardziej kojarzyłem ze stratą czasu.
Cała gra tonie w humorystycznych wstawkach, co zresztą idealnie obrazuje styl artystyczny (ładny, nie odmówię). To trochę tak, jakby ktoś zachłysnął się serią Disgaea, ale nie miał dostatecznie dużo zabawnych nut w sobie, żeby ograć całą resztą. Wychodzi bardziej cringe’owo, w czym na pewno pomaga dziecięcy demon i adekwatny dla bobasów angielski język. Nie odmówię, że Demon’s Night Fever to coś, w co jeszcze nigdy nie grałem. Nie ma co jednak ukrywać, że to też coś, w co grać się nie chce. Dziwna mieszanka, z większą ilością żetonów postawionych na tekstowe zarządzanie niż walkę, a wszystko przy akompaniamencie skręcającego wnętrzności humoru. Balans jest kiepsko wyważony (zdecydowanie za wiele rozdziałów przechodzi się praktycznie samemu), a i głębia rozgrywki szybko rodzi wtórność. Sorry, ale nie.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Ładny styl artystyczny - oczywiście przy pierwiastku mangoentuzjazmu w człowieku
Nietypowe mechaniki wokół pozycjonowania jednostek, gdzie zabijasz wszystkich - swoich i wroga…
Minusy:
…które mają swoje limity i szybko zaczynają nużyć
Słaby balans rozgrywki, gdzie stanowczo za dużo przechodzi się samo i stanowczo za długo trzymają Cię za rękę
Tekstowe zarządzanie > Walka - jeśli chodzi o czas poświęcony przed ekranem