Ro przechodzi żałobę po stracie syna. Przeniesiona do krainy duchów daje się kierować przez tajemnicze głosy z zaświatów. Wszystko w nadziei, że uda się go odzyskać. Death Howl to bardzo klimatyczny deckbuilder od studia The Outer Zone, który zachwyca stylem i lubi nazywać się soulslikiem karcianek. A że nigdy nie ukrywałem zamiłowania do obu gatunków, to wydawał się to projekt skrojony pode mnie. Idealny wręcz do oczekiwania na wczesny dostęp Slay the Spire 2. Gra pojawiła się wcześniej na PC, gdzie zebrała bardzo pozytywne recenzje graczy, a na Nintendo Switch możemy w nią zagrać od 20 lutego.Death Howl przede wszystkim cechuje bardzo mistyczna i osobliwa oprawa graficzna. Studio świetnie sobie poradziło z implementacją świata duchów. Mapa podzielona jest na kilka tematycznych biomów, które różnią się paletą barw. Każdej jednak towarzyszy mrok i pewien rodzaj niepewności w stawianiu kolejnych kroków.
Sama rozgrywka to mieszanka karcianki z turowym przemieszczaniem się po gridzie/kafelkach. Posiadając kilka punktów akcji, musimy nie tylko dobrać odpowiednie karty, ale umiejętnie przesuwać naszego awatara. Wrogowie są bezwzględni i raczej nie można liczyć na ich błędy. Każde pole walki jest stosunkowo małe, więc takie założenia nie odcisną się na tempie gry.Typowo dla deckbuilderów musimy dążyć do stworzenia jak najlepszej talii kart. Takiej, która przy naszym stylu zagwarantuje zwycięstwo. Warto jednak nadmienić, że każdy biom ma osobne karty sobie przeznaczone, które tylko w jego wnętrzu będą skuteczne. Karciane akcje innego koloru/biomu będą wyraźnie osłabione poza swoimi granicami. Sprawia to, że w Death Howl długo nie kończy się ta spirala ulepszania swojej talii… co wiąże się z największym problemem gry.
To rozgrywka szalenie nastawiona na grind. Posiadanie zbyt słabej talii po prostu nie puści Cię dalej - niezależnie jak dobrym taktykiem byś był. Karty wytwarzamy z materiałów z pokonanych wrogów, co wymusza od nas wałkowanie tych samych oponentów dla polepszenia swojego statusu. Nie jestem przekonany do takiego podejścia. Za szybko stało się ono męczące. Funkcjonuje tu system ognisk, który odrodzi okolicznych wrogów, jest też bardzo wygórowany poziom trudności, ale soulsy to nie są. Podczas gdy tam zasady gry są fair, a Ty możesz sobie poradzić podstawową postacią, tak w Death Howl będziesz skazany na śmierć. Bez absolutnych nadziei na triumf. Oczywiście RNG występuje i tutaj, a jego wredota jest odczuwalna, ale finalnie próba wymanewrowania wrogów i przepchnięcia sobie zwycięstwa pozostaje nieosiągalna.
Dla mnie to problem. Problem, który realnie zaczyna się też bardzo szybko. Grind to nie jest jakiś element difficulty spike (zaskakującego wywindowania poziomu trudności) konkretnego bossa, a sprawa nadrzędna praktycznie od samego początku. Pierwszy, tutorialowy biom, jesteś w stanie jakoś przebrnąć, ale potem, gdy otwiera się świat, zaczynają się problemy. Ta podróż zaczyna się sztucznie wydłużać i sama zaczyna ciążyć, a nie bawić.Papier przyjmie wszystko i papier podpowiedział mi, że mam tu swoją nową deckbuilderową miłość. Prawda okazała się zgoła odmienna. I choć ja wciąż widzę sporo potencjału w Death Howl i to niezmiennie gra, którą określiłbym jako dobrą, to do tych hucznych recenzji i topki gatunku daleko.
Dziękujemy za klucz do recenzji firmie Evolve PR
Plusy:
Tajemniczy świat i idąca w nim parze oprawa graficzna
Pierwiastki soulsowe - od mroku, przez poziom trudności, na ogniskach kończąc
Zwolenników budowania talii ucieszy fakt, że każdy biom ma tu praktycznie swój zestaw do stworzenia…
Minusy:
…ale to tylko pogłębia obrzydliwe nastawienie na grind, które wymusza od nas generowanie zasobów praktycznie od początku gry