Recenzja Call of Duty: Modern Warfare 4 na Nintendo Switch 2
Bez bicia - czekałem. Czekałem aż po kilkunastu latach seria Call of Duty wróci na sprzęty Nintendo. Długi był to rozbrat, a ilekroć CoD nie byłby wyszydzany, to wciąż pozostaje CoDem. Grą szalenie dynamiczną, pełną dopaminy i często odmóżdżającej akcji. Potrzebujemy jej wszyscy, nawet jeśli sobie z tego nie zdajemy sprawy. Sam doskonale pamiętam początki serii i niezliczoną ilość godzin wpompowaną w jedynkę z dodatkiem United Offensive, jak i porównywalnie długie posiedzenia przy czwartej części, czyli oryginalnym Modern Warfare. To do dziś są dla mnie najlepsi reprezentanci tej familii, choć przyznaje, że w fabułę Black Ops Cold War też się wkręciłem i był to mój mały powrót do CoD’ów, z którymi trudno było nie zerwać więzów. Jeśli ktoś lubi singlowe kampanie, to zaczął coraz bardziej być obywatelem drugiego sortu dla twórców. A ja, choć to niepopularne, kimś takim wciąż jestem. Multi zawsze będzie dodatkiem. Miłym, potrzebnym/niezbędnym, ale dodatkiem - stąd też niech nie dziwi, że głównie na trybie solo się skupiłem. Ostatnio odpięli fabularne wrotki, więc Modern Warfare 4 miał łatwe zadanie zachwycić odbiorców. Biada jednak tym, którzy potraktowali switchowąodsłonę jako moment powrotu, bo czwórka w tytule nie jest tylko suchą numeracją, a zachowaniem ciągu przyczynowo-skutkowego w opowieści. Sam jestem tym typem, więc wiem, z czym to się je lub jak bezemocjonalnie się to ogląda. Opowieść dzieli się na dwa główne wątki. Wojnę w Korei, gdzie bierzemy udział w dużych operacjach wojskowych, a konflikt szybko zaczyna zagrażać całemu światu, jak i bardziej osobiste porachunki Price’a (chyba najbardziej rozpoznawalna postać serii), który coraz rzadziej przypomina przykładnego żołnierza.
To oczywiście iście filmowe doświadczenie. Pełne cutscenek, wybuchów i zwrotów akcji, które dla Modern Warferowego laika będą… co najmniej dziwne. Nie są to najrozsądniejsze decyzje podejmowane przez samego Price’a, jak i jego otoczenia. Czasami miałem wrażenie, że są rozpisane tylko po to, żeby dać nam odpowiedni segment gameplayowy, który nie zawsze wiąże się ze strzelaniem…
I tak, dość już fabuły. Gra ma swój brud pod pazurami. Choć w dużej mierze pozostaje tą bombastyczną akcją, która pędzi na złamanie karku, tak ludzie odpowiedzialni za rozłożenie tempa mogliby lepiej przyłożyć się do swoich obowiązków. Bardzo często dochodzi tu do sytuacji, gdy totalna rozwałka, ta liniowa, pełna strzelania, biegania, chowania się i ciągłej dopaminy, krzyżuje się z jakimś mizernym skradaniem, czy wygaszaniem emocji. Nie wiem, jaki zbrodniarz wojenny stwierdził, że to dobra decyzja, ale trudno o większy zawód wewnątrz opowieści, gdy po mega misji dostajesz jakieś “kucakowanie” pełne oskryptowanych momentów i ogłupionego AI. I to mówię z perspektywy tego, który lubi skradanki. To po prostu nie jest ani dobrą skradanką… ani tym bardziej nie jest potrzebne w Call of Duty! Jednak spokojnie, oni poszli krok dalej, bo wisienką na torcie dla tych spokojniejszych doświadczeń jest walka na noże. Koszmar z Mafia: The Old Country powrócił. W konflikcie zbrojnym, pełnym wielkich spluw i nowoczesnych technologii, sprawy rozwiązujemy na noże... Panie Call of Duty, to nie są właściwe wzorce! Nazwałem to “walką na noże”, choć czasami dotyczy to też samych pięści, ale nie wpływa to na nędzną mechanikę bloku i ataku, które uwiązane są często Quick Time Eventami. Czy to przesadnie emocjonujące? Tylko w teorii. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś woli to, niezależnie od sympatii do walczącego Price’a, od świetnego pościgu w Paryżu, czy walce na tamtejszych ulicach. To jest Call of Duty, o jakie nic nie robiłem. Malowniczy teren, ciągłe strzelanie, przytłaczająca ilość wroga. Ma być głośno, ma być dynamicznie, a nie cicho i byle jak.
Dlatego w kwestii samych misji mam tu dość mieszane odczucia. Część świetna, część nijaka - nieznacznie na plus. I to nie jest tak, że wszystkie nijakie przypadły samemu Price’owi, bo i on potrafi strzelać, a filmowe zwieńczenie jestem w stanie nawet polubić. Czasami po prostu gubi to wszystko tempo. I to w sposób zbędny. Dla przykładu w połowie kampanii dostajemy wielką operację podzieloną na trzy cele. To praktycznie trzy zadania w jednym. Na papierze nie jest to złe, ale w momencie ciągłych zmian miejsca akcji, nieustannego biegu, to nagle ktoś świadomie zaciąga tam hamulec ręczny. Rzuca Cię na jedno zimowe otoczenie, nadużywa sekcji żmudnego nurkowania i wygasza w Tobie dopaminę, którą wcześniej Ci wstrzyknęli.
Jak już jest wolniej, to niech będzie tak obrazowo, jak w tej małej wiosce poniżej. Oczywiście kampanii towarzyszy multiplayer, jak i nowy (?) tryb DMZ, który zachłysnął się popularnością extraction shooterów. Wybaczcie, ale Call of Duty kojarzę z ciągłym pędem, a nie zbieraniem lootu. Choć poświęcili temu najwięcej czasu w procesie twórczym i podobno jest to solidny punkt programu, to dalej od moich oczekiwań stać nie mogło.
Wycieczki na serwery online odmówić sobie nie mogłem, ale ustalmy - Pro Controller to nie jest idealny sprzęt do strzelanek, a gra oferuje pełny cross-play. Rywalizować więc będziemy z innymi sprzętami, gdy Switch 2 na naszych oczach przeprowadzać będzie wojnę z parametrami i próbą osiągnięcia 60 fpsów. Ofiary w postaci ostrości tekstur są znaczące, ale założony limit prawie udało się osiągnąć (są spadki). Niby da się grać, ale przyjemność z tego niewielka, bo ta czarna plama, która w Ciebie wbiegła to typ obsługujący komputerową myszkę i z góry mający nad Tobą sporą przewagę.W trakcie solowej rozgrywki Switch 2 też nie jest jakimś okazem piękna, ale zgrzeszyłbym, narzekając przesadnie. Tak w docku, jak i w handheldzie, to porównywalna jakość, w której trzeba się pogodzić z częstym doczytywaniem tekstur, czy twarzami, którym do jakiegokolwiek wyrazu będzie potrzebnych kilka dodatkowych sekund. I wiem, że ten wspomniany Paryż, czy inne miejskie batalie podobałyby mi się jeszcze bardziej, gdyby tekstury były ostrzejsze, ale skoro podobały się MIMO TEGO, to chyba nie może być aż tak źle - choć możecie zapomnieć o takich udogodnieniach jak… cienie. Opcji dostrajania grafiki jest bardzo dużo. Kluczowy pozostaje wybór między skalowaniem DLSS a SMAA T2X, gdzie w moim odczuciu wygrywa ten drugi, domyślny - jest bardziej ostry. Kampanie i jej 30fps określiłbym jako przyzwoitą i zachowującą balans pomiędzy jakością obrazu, a płynnością rozgrywki. Szczególnie biorąc pod uwagę hybrydowość sprzętu. Multi - zdecydowanie gorzej. Najbardziej doceniam, że sprezentowali nam Call of Duty bez żadnych sztucznych ograniczeń. Nikt nie wycinał trybów, czy nie robił ze switchowców tego gorszego sortu, który dostanie jedno, ale pozostałości już nie. Mamy pełen pakiet, jakim cieszą się posiadacze PC, PS5 czy Xboxa, którykolwiek teraz jest najnowszy. To może być początek relacji, która przetrwa dłużej, a ja mam tylko nadzieję, że następna odsłona to nie będzie enta część większej całości, a coś świeżego i witającego wszystkich powracających z taką samą troską, jak stałych bywalców.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Powrót na sprzęty Nintendo. I to w pełnej krasie - bez wycinania zawartości
Dużo opcji graficznych w celu dostrojenia dla własnych potrzeb - rzadki widok na tej konsoli
Cross-play zapewni stały zestaw grających do rywalizacji online, a Switch 2 mocuje się, żeby utrzymać tempo tamtejszych fpsów
Widowiskowe, bardzo efektowne misje w trakcie kampanii…
Minusy:
…którym sami zaciągają hamulec ręczny mizernym skradaniem, czy fatalnymi walkami wręcz
Tempo kampanii powinno być lepiej dostrojone
Graficzne ustępstwa na Switch 2 będą wyraźne - pozostanie to w pełni grywalne, ale…