Recenzja Clive Barker’s Hellraiser: Revival na Nintendo Switch 2
Hellraiser to seria popularnych filmów horrorowych o Cenobitach - międzywymiarowych sadomasochistycznych po****w bytów, które nie potrafią rozróżniać przyjemności od bólu. Pierwszy film z 1987 roku został oparty na napisanej rok wcześniej noweli, a za kamerą stanął sam jej autor, Clive Barker. Większość pewnie kojarzy tę markę za sprawą Pinheada, czyli osobnika ze szpilkami wbitymi w twarz, a nie kojarzyć jej trudno, bo kinematograficznie marka funkcjonuje po dziś dzień - najnowszy film to rok 2022.Sam zamysł Hellraisera to dość mocne odstępstwo od dzisiejszych, bardzo postępowych czasów. W momencie, gdy wszyscy wszystko wygładzają, żeby nie obrazić którejś z mniejszości, Hellraiser: Revival odpina wrotki i pozostaje wierny temu, co symbolizuje tytuł.Saber Interactive, wspierane przez Boss Team Games, nie ugięło się pod presją obyczajów i nie cofało żadnych ciosów. Samo wymienienie tego, co prezentują pierwsze minuty (!) gry, byłoby ograniczeniem widoczności dla tej strony przez wgląd na promowanie niecenzuralnych treści. Jest mocno, momentami obrzydliwie, czasami niepokojąco, a bardziej wrażliwi raczej będą odwracać wzrok od ekranu. I to… jest w tej grze najpiękniejsze! Niezależnie, czy ktoś gustuje w gore, czy niezdrowo pasjonuje się takimi rzeczami, to samo podejście zasługuje na najwyższe pochwały. Ile razy mieliśmy gry, które kradły licencje, żeby wypuścić jakiegoś parcha? Ile razy licencja, to była tylko fasada, która niekoniecznie trzymała się materiału źródłowego? Hellraiser: Revival, to kolejny Hellraiser, tylko bardziej interaktywny. Wcielimy się tu w rolę Aidana, który doświadcza porwania swojej dziewczyny, Sunny. Wszystko za sprawą klasycznej dla serii kostki, nad którą zabawa zwiastuje przybycie wesołej gromadki pod przewodnictwem Pinheada (do roli wraca tu wieloletni odtwórca roli Doug Bradley). To oznacza zanurzenie się w głąb tamtejszych labiryntów, jak i skrzyżowanie się z kultem wyznawców, który będzie tu robił za naszą opozycję w trakcie rozgrywki.
Sam pomysł na gameplay to trochę stanie w rozkroku pomiędzy tym, co oferował, chociażby Outlast, czyli horrorowy symulator chodzenia, od którego gra rozpoczyna, a Resident Evil, czyli bardziej popularne podejście do survival horrorowego gatunku, pełne walki, ograniczonych zasobów i okazjonalnych zagadek. I szczerze? Mam wrażenie, że grze było bardziej do twarzy z tym pierwszym. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, bo gdzie Resident, a gdzie Outlast, to im bardziej Hellraiser zaczyna nabierać pędu, im dalej w wątek jesteśmy zanurzeni, tym więcej tam walki i strzelania, które jest dość przeciętne. To niekoniecznie jest horror z gatunku - ojej, jak ja to przetrwałem, a walka zostawiająca tylko wierzchnią warstwę tego doświadczenia - jak dobrze, że już po wszystkim. Mamy tu walkę bronią białą, jak i strzelanie z broni palnej, gdzie żadne z powyższych nie wiąże się z jakąś wielką satysfakcją. Dużo tu powtórek z rozrywki pod kątem różnorodności przeciwników, jak i sposobu na walkę z nimi. Bronie białe niszczą się stanowczo za szybko, a uniki działają, jakby niezainteresowane tym, co sugeruje cała reszta - w moim odczuciu są bardzo umowne i jakby nadrzędnie traktowały nasz dobrostan, niezależnie od wybranej strony względem nadchodzącego ciosu. Broń palna też mogłaby dawać nam nieco większego powera, a przy gąbczastych bossach - bo to na nich będziesz oszczędzał amunicję, takiego feelingu mi brakowało. I nie chcę przez to powiedzieć, że to na wskroś zły gameplay. On jest dość bezpieczny i nijak nie przetrwa bezpośrednich porównań do RE, o jakie się prosi swoim jestestwem. Momentami czujesz, jakbyś grał w Residenta od mniejszego studia, który debiutuje w gazetce. Jasne, wciąż nadrabiać musi cały klimat i otoczenie, ale też nie da się ukryć, że nigdy nie wznosimy się na wyżyny z początku rozgrywki. To równia pochyła, która hamując w sprawach kultu i obrzydliwości serwowanych na start, zaczyna ratować się w liniowym bieganiu po labiryntach świata Cenobitów. Tam zastosowano bardzo sprytny zabieg, gdzie goniący nas delikwent zaczyna się teleportować, zmuszając nas do obrania jedynej słusznej ścieżki, gdzie zmieszamy wślizgi z wymijaniem łańcuchów. Nie powiem, że to zła rzecz, bo pod kątem filmowości bardzo dobrze wypadają te szybkie nawroty, gdzie pojawia się on przed nami, a my musimy doświadczyć zmiennego charakteru tych wszystkich korytarzy, ale miejcie świadomość, że tam króluje tylko to - filmowość, a nie czysta rozgrywka. Hellraiser: Revival ma taki problem, że sam sobie ustawia niesamowicie wysoko poprzeczkę, której później nie jest w stanie przeskoczyć. Obniża on swoje loty i obnaża słabości z każdą minutą rozgrywki. To coraz częstsza powtarzalność mechanik z coraz większą niechęcią do protagonisty. Kombinacja niekoniecznie przysługująca się temu, żeby nam się chciało pomóc mu przetrwać ten cały ambaras. Oczywiście - niższa poprzeczka nie oznacza wyzbycia się całego klimatu, a coraz częstsze wizyty samego “księcia” i jego kumpli wciąż będą się podobać, ale jak już przetrwaliście pierwszy szok i wizytę w wesołym klubie nocnym, to będzie dobrze - i odwracania wzroku od ekranu też jakby mniej. W najprostszych słowach chcę powiedzieć, że początkowe zauroczenie mi minęło i mam dziwne wrażenie, że tak skończy większość grających.
Sama wersja na Nintendo Switch 2 nie powinna nikogo przesadnie martwić. Są tu ustępstwa graficzne, które najczęściej będą okraszone doczytywaniem się tekstur, ale utrzymujemy stałą wartość klatek (30), z okazjonalnymi spadkami, które nie wpłyną na odbiór. Nie jest to rzecz, którą trzeba przechodzić z zaciśniętymi zębami.
Dziękujemy za klucz do recenzji wydawcy
Plusy:
Świetnie oddany klimat Hellraisera - to gra, która nie idzie na ustępstwa w imię dzisiejszych standardów i oferuje to, co oferować powinna tytułując się tą marką
Udane sekwencje ucieczek w labiryncie
Dobry port na Switch 2 - tekstury będą się doczytywać na start lokacji, ale nie ma większych nieprzyjemności
Bardzo mocny początek przygody…
Minusy:
…którego nie sprostali utrzymać na całej szerokości, a gameplayowo robi się z tego bieda-Resident - mała różnorodność wrogów, słaba walka